Tym razem z Boliwii, a dokładnie z jej południowo–zachodniej części. Tylko niewielka namiastka tego, co ten kraj ma do zaoferowania.
Visualizzazione ingrandita della mappa
Muzyka: Antonio Carlos Jobim & Elis Regina (“Águas de Março”)
pagina sobre la cultura de Chile en polaco
Tym razem z Boliwii, a dokładnie z jej południowo–zachodniej części. Tylko niewielka namiastka tego, co ten kraj ma do zaoferowania.
Visualizzazione ingrandita della mappa
Muzyka: Antonio Carlos Jobim & Elis Regina (“Águas de Março”)
Autor:
Aleksandra
o
10:29
2
komentarze
Uyuni robi dosyć dziwne wrażenie: trochę jak na amerykańskich westernach – opuszczone miasteczko, w którym popołudniami zamiera życie i słychać tylko silne powiewy wiatru przemieszczającego z impetem tumany piachu i kurzu. Kiedy czytam informację, że Uyuni to dziesięciotysięczna miejscowość, aż trudno mi w to uwierzyć: wjeżdżając tu można pomyśleć, że wszyscy pozamykali się w swych chałupach, jakby chcieli zaprzeczyć tym statystykom. A jednak: są tu i drobne biura podróży organizujące wyprawy na największe na świecie solnisko, pozostałość po wyschniętym słonym jeziorze, są restauracje, apteka, a nawet bankomat na głównej ulicy.
Uyuni znajduje się na wysokości ponad 3.500 m n.p.m., co zapewne wpływa na to, jak żyją tu ludzie. A jak mogą żyć ludzie na takiej wysokości, kiedy nie można prowadzić zbyt ożywionej rozmowy, bo od razu dostaje się zadyszki, nie wspominając o bieganiu czy wykonywaniu gwałtownych ruchów. Na takiej wysokości człowiek wolniej myśli i wolniej reaguje. Moja reakcja na tę wysokość była podobna: ospale snułam się po rynku, na którym ospałe kobiety w swoich melonikach sprzedawały ziemniaki i przyprawy. I nawet nie było słychać gwaru na tym rynku, nikt się nie awanturował, nie krzyczał, chyba nawet nie targował...
I tak patrzyłam na główną ulicę tego miasteczka, takiego zaspanego i zapomnianego, gdzie ludzie snują się jakby bez celu, przekonani, że i tak nie dadzą rady ani zbyt silnemu wiatru, ani przenikającemu zimnu, ani tej wysokości, na której każdy zapada w zimowy sen.
A że czasem zjawią się jacyś turyści szukający rozrywki? Wtedy bez pośpiechu otworzy się jakąś restauracyjkę, wypierze raz na jakiś czas prześcieradła w hotelu, zarobi parę bolivianos serwując herbatkę z liści koki. A jak turyści odjadą to życie będzie toczyć się tak, jak przedtem: powoli i sennie.
Wioska na płaskowyżu boliwijskim (okolice Uyuni)
Senny rynek w Uyuni
Czarna kropka na mapie Boliwii to właśnie Uyuni
Autor:
Aleksandra
o
01:10
2
komentarze
Parę dni w Boliwii.
Przypomina mi się pewien epizod, kiedy na lotnisku czekając na samolot z Limy do La Paz pewna zagubiona siostra zakonna pyta o ile godzin do tyłu trzeba przestawić zegarek po wylądowaniu w Boliwii. Zapytany mężczyzna z wielkim rozbawieniem (oraz pokazując swe złote uzębienie) odpowiada: “O ile godzin Boliwia jest do tyłu w stosunku do Peru?? Chyba o jakieś dwadzieścia lat!”.
I dużo jest w tym prawdy.
Autor:
Aleksandra
o
14:17
0
komentarze