Pokazywanie postów oznaczonych etykietą varia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą varia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 kwietnia 2008

Język nasz powszedni



Tak szczerze mówiąc, to przed moim pierwszym wyjazdem do Chile nie bardzo wiedziałam w co się pakuję. W ramach przygotowań do podróży przeczytałam parę książek, przestudiowałam mapy, wykonałam parę długich międzykontynentalnych rozmów telefonicznych z “ludźmi stamtąd”, intensywnie uczyłam się hiszpańskiego i ogólnie rzecz biorąc byłam gotowa na spotkanie z Nową Kulturą. Ale kilka spraw stanęło mi na przeszkodzie.

Po pierwsze: co mi po nauce hiszpańskiego? Pierwsze dni w Santiago ukazały mi całą śmieszność tego półrocznego przedsięwzięcia. Na każdym kroku potykałam się o jakieś dziwaczne słowa. Któregoś dnia w metrze usłyszałam taki dialog dwóch chłopaków: “Me dejó mi polola, ¿cachai huevón?”. Załamałam się: zrozumiałam tylko pierwszy wyraz… Co oznacza “polola”, “cachai”, “huevón” – nie miałam zielonego pojęcia. Ironio, po co wydawać skrzętnie uzbierane pieniądze na jakiś kurs językowy, po którym nie jest się w stanie zrozumieć codziennej błahej rozmowy w Chile? Skąd nagły atak zupełnie nieznanych słów? Uzmysłowiłam to sobie dopiero wtedy, gdy w bibliotece w Santiago natknęłam się na trzytomowy słownik chilenizmów, czyli słów, które rozumie jedynie piętnaście milionów mieszkańców tego kraju na końcu świata.

To, co powszechnie mówi się na ich temat, nie jest żadną tajemnicą: język mieszkańców Chile uważa się za najmniej poprawną wersję języka hiszpańskiego. Może równie niepoprawną, co argentyńską. Słowa pourywane gdzieś na przedostatniej sylabie, końcówki koniugacyjne jakieś wypaczone… Tak na przykład zamiast poprawnego pytania “dokąd idziesz?” - “¿dónde vas?”, Chilijczycy zapytają “¿dónde vai?”, a obcokrajowiec może tylko pokornie zaakceptować taki stan rzeczy, eliminując z pamięci wszelkie formuły i wystukane na blachę reguły. Trzeba się przecież jakoś zaadopotować w Nowej Kulturze i w nowej sferze języka.

Analogicznie będzie więc wyglądało pytanie “pamiętasz?” – “¿te acordai?”(brzmi co najmniej bluźnierczo w uszach filologów), zamiast hiszpańskiego “¿te acuerdas?” lub “rozumiesz” – “¿cachai?” etc. Z tym że czasownika “cachar” w ogóle nie znajdzie się w słowniku hiszpańskim. Bo hiszpańska wersja brzmiałaby: entender, comprender. Trochę to skomplikowane.

Przez pierwsze dni uczyłam się więc zastępować nauczone zwroty, które w Chile na nic mi się przydawały, nowymi dziwolągami. Skoro więc znalazłam się już za tym językowym zakrętem, pokuszę się o napisanie paru praktycznych rad.

Jadąc do Chile zapomnij o swoim “novio”! To znaczy, nie porzucaj swojego dotychczasowego chłopaka, tylko zapamiętaj, że w Chile to “pololo”! (Tutaj “novio” to już wyższa szkoła jazdy, oficjalny narzeczony).



Do dobrego znajomego zamiast “tío”, wołaj “huevón” (ale wpierw upewnij się, czy wasze stosunki są naprawdę mocno braterskie, bo jeśli nie, to jeszcze się na ciebie obrazi za zbytnie spoufalenie).

Jeśli masz bardzo dużo pracy, to możesz powiedzieć “tengo harta pega”, z tym tylko zastrzeżeniem, że już na przykład w Argentynie nikt cię nie zrozumie.

Jeśli masz o kimś bardzo dobre zdanie, uważasz, ten ktoś byłby dobrym kumplem, a oprócz tego ma wiele pozytywnych cech, powiesz o nim, że jest “buena onda”, czyli dobra fala. Może po prostu odbieracie na tych samych falach.

Un rato” – to krótka chwilka, dlatego możesz powiedzieć “vuelvo en un rato más” (wrócę za chwilkę) lub “vuelvo al tiro”. “Al tiro” to też przykład kolejnego chilenizmu: zwracając się tak do Hiszpana spotkałam się tylko z podniesionymi ze zdziwienia brwiami oraz z komentarzem, że w Hiszpanii nie ma tak wojskowego żargonu (“al tiro” znaczy tak szybko jak wystrzał pocisku, czyli natychmiast).

Jeśli twój znajomy jest chytrusem, to nazwiesz go “manos de guagua” – czyli “dłonie niemowlaka”. Na początku nie mogłam pojąć skąd w ogóle Chilijczykom przyszło do głowy, żeby faszerować niewinne maleństwa negatywnymi konotacjami. Szybko znalazłam odpowiedź: kiedy na świat przychodzi noworodek, zazwyczaj ma bardzo mocno ściśnięte piąstki – tak jak prawdziwy chytrus, który nie wypuści ze swych rąk ani grosza. Zatem “guagua” to niemowlak, bobas, a “cabro chico” lub “lolo” to młodzieniaszek.

Jak już z takiego bobasa zrobi się młodzieniaszek, i do tego ten młodzieniaszek nie będzie “manos de guagua”, to często będzie zapraszał swoich znajomych na “el carrete” (imprezki) i serwował wszystkim “los copetes” czyli napoje wyskokowe. No i będzie się również starał, żeby jego carretes nie były nudne, żeby nikt następnego dnia nie skomentował: “El carrete fue más fome que la chucha” (imprezka była bardzo nudna). Taki cabro wolałby usłyszeć: “Mijito rico, el carrete fue muy entrete y tu casa es realmente chora” (Chłopcze, imprezka była fajna, a twój dom jest naprawdę wypasiony).

Tak naprawdę to tylko kilka najczęściej używanych chilenizmów, ale można by ich tu mnożyć bez końca. Tym, którzy się wybierają do Chile radzę również zapamiętać, że 1000 pesos w Chile określa się mianem “una luca”. Czyli jak będzie coś kosztować 10 000 pesos (ok. 50 PLN), to można powiedzieć “diez lucas”.

A tak na marginesie dodam tylko, że sposób w jaki mówią poszczególni ludzie, może również zdradzić ich status społeczny. I tak na przykład niezamożni Chilijczycy zamieniają “ch” na “sh” (wymawiając “Shile”, a nie Chile, “shiao” a nie “chao”), zamożniejsi natomiast lub ci, co aspirują do tej rangi, wymawiać będą “tsch” w miejsce “ch” (“Tschile”).

Świetny ten język chilijski. Bawi mnie tylko to, że czasem rozmawiając z mieszkańcami innych krajów hiszpańskojęzycznych niekiedy brak nam wspólnego języka - wtedy, gdy ja nieświadomie właduję gdzieś takiego chilijskiego dziwoląga.

czwartek, 20 marca 2008

Chile od kuchni



Zdjęcie z portalu Memoria chilena



Zawsze byłam przekonana, że kuchnia chilijska nie ma może wybitnie czym się pochwalić (a w porównaniu z argentyńską po prostu wymięka), ale ostatnio zaczęłam liczyć co niektóre smaczniejsze typowo chilisjkie dania i aż sama się zdziwiłam, że zabrakło mi palcy u rąk. Bo przecież jemy tu takie potrawy jak: cazuela, empanadas, humitas, pastel de choclo, sopaipillas, curanto, choripán, palta rellena, ensalada chilena, które popijamy, w zależności od nastroju i pory roku, szklanką coli de mono, pisco albo chichy, ewentualnie w ramach orzeźwienia w upalne dni serwujemy sobie mote con huesillos. Więc nie jest tego tak mało.


Choć na wstępie uprzedzam, że o większość wymienionych tu potraw będą tu kłócić się ze sobą przy stole Argentyńczycy, Peruwiańczycy i Boliwijczycy, którzy na równi z Chilijczykami są święcie przekonani o tym, że to właśnie oni są ideatorami tych potraw, a wszyscy inni po prostu zaadoptowali ich narodowy patent gastronomiczny.

Ale od początku, czyli kilka słów na temat chilijskiego rosołku, który zwie się tu CAZUELA. Oczywiście nie ma w tym wiele filozofii: gotuje się wywar na wołowinie lub drobiu. Do tego dorzuca się warzywa, w zależności od pory roku: cukinie, kukurydzę (lecz nie w ząbkach, tylko kawałek pokrojonej kolby), ziemniaki, czasem można dodać ryż i inne warzywa (np. dynię).


Taką cazuelę zaserwowali nam w San Pedro de Atacama



Większość mieszkańców Ameryki Południowej mogłaby się również pokłócić o to, skąd pochodzi TA JEDYNA i ORYGINALNA EMPANADA.

Chilijczycy oczywiście uważają ją za swoją, a jedzą ją na wiele sposób: z mięsem, cebulą, jajkiem, oliwkami, a czasami nawet z rodzynkami (empandada de pino, osobiście rzadko się na nią kuszę), z serem (de queso), z owocami morza (con mariscos) lub rybami (de pescado). Istnieją też jej wersje warzywne, a nawet owocowe. Empanadę de pino spożywa się o każdej porze roku, a szczególnie we wrześniu, który dla Chilijczyków jest wyjątkowym miesiącem: to właśnie wrzesień nazywany jest Miesiącem Narodu: dni świąteczne w kalendarzu wyskakują jeden za drugim, jest początek wiosny, a po ulicach Santiago i całego Chile maszerują defilady, ludzie tańczą narodowy taniec cueca, na świeżym powietrzu je się empanady i pije takie napoje jak chicha lub czerwone wino.


Empanadas de pino


UWAGA! Empanady nie je się widelcem ani nożem! Według chilijskiego przysłowia empanady i kobiety bierze się gołymi rękoma.


Po empanadzie czas na kolejny lekkostrawny posiłek, czyli HUMITAS (słowo wywodzi się z języka Indian Quechua). I one znowu mają przynajmniej kilku właścicieli: jedzą je mieszkańcy większości andyjskich krajów, czyli oprócz Chilijczyków, mieszkańcy Ekwadoru, Peru, Boliwii i Argentyny. Po zjedzeniu jednego talerza z humitas człowiek natychmiast rozumie sens serwowania tylko jednego dania.

Jest to po prostu masa zgniecionej i ugotowanej kukurydzy o konsystencji gęstego budyniu, do której dodaje się olej i trochę listków bazylii, a następnie zawija w duże liście kukurydzy (“chalas”). Takie zawiniątka przewiązuje się sznurkiem i gotuje w garnku z wodą. Można je podawać na słono lub na słodko. W smaku trochę bez charakteru, ale przynajmniej po ich zjedzeniu nikomu nie grozi głód aż do następnego dnia rano.


Zawinięta w liściu kukurydzy humita

Kolejnym specjałem kuchni krajów andyjskich jest PASTEL DE CHOCLO. “El choclo” to popularna nazwa kukurydzy, którą nazywa się również “el maiz”, jednak w Ameryce Południowej częściej używa się tej pierwszej wersji. Czyli znów potrawa na bazie kukurydzy, znów “lekkostrawnie” i “dietetycznie”. Moje pierwsze spotkanie z pastel de choclo było wielkim zaskoczniem: jak można jeść mięso na słodko??? A jednak można, w Chile można.

Ale od początku: przygotowuje się masę zgniecionej kukurydzy, która może (choć nie musi) być ugotowana (z mlekiem lub odrobiną masła) przed późniejszym wstawieniem jej do pieca. Następnie dodaje się trochę aromatycznych liści bazylii. Do ceramicznego naczynia nakłada się kawałki mięsa (może być wołowina albo kurczak), cebulę, jajko na twardo, oliwki, trochę czosnku i innych aromatyzatorów. Na to nakłada się wcześniej przygotowaną masę kukurydzianą, a całość wkłada się do pieca dopóki z wierzchu się nie przyrumieni. Ale najlepsze na koniec: przed podaniem posypuje się to wszystko cukrem. Dla mojego podniebienia było to wyzwanie.


Na wyspie Chiloé skusiłam się na typową wyspiarską potrawę, jaką jest CURANTO. Poznałam w Ancud pewną Hiszpankę, która zarzekała się, że nie opuści wyspy dopóki nie spróbuje słynnego curanto. Uległam jej namowom i zamówiłyśmy jedno curanto na spółkę. I to było dobre rozwiązanie, bo każda z nas jadła to, co lubiła, a było w czym przebierać, bo w typowym curanto można znaleźć: ryby wszelkiej maści, owoce morza, ostrygi, mięso wołowe, wieprzowe, kurczak, kiełbaski, placki mączne, ziemniaki i tak dalej... Jednym słowem wszystkiego po trochu.

Tradycjne curanto przygotowuje się w dość osobliwy sposób, a w przygotowaniach bierze udział większa grupa ludzi: wykopuje się wtedy w ziemi głęboki dół, którego dno wypełnia się kamieniami. Kamienie rozgrzewa się do czerwoności, a następnie wrzuca się po kolei różne produkty. Najpierw owoce morza i ryby, potem mięsko, warzywa, ziemniaki i różne ziemniaczane wyroby. Każdą warstwę przykrywa się wielkimi liśćmi rośliny o nazwie pangue, ewentualnie można do tego również użyć liści kapusty. Na koniec wszystko się szczelnie przykrywa w taki sposób, by składniki poczuły się w tym rozgrzanym dole jak w garnku ciśnieniowym. Słyszałam, że kiedyś podczas takiego zbiorowego przyrządzania curanta ktoś przez nieuwagę wpadł do głębokiego i rozgrzanego dołu pełnego gotujących się specjałów i nieźle się poparzył.

Takie zbiorowe przygotowywanie wspólnego posiłku jest kolejnym przykładem na to, że ludzie zamieszkujący wyspę Chiloé żyją w głebokim poczuciu solidarności i wzajemnej pomocy. O innym przykładzie chilotańskiej mingi (czyli zgodnego i bezinteresownego działania na rzecz wspólnoty) pisałam również tutaj.


Tradycyjne Curanto, zdjęcie z portalu Memoria chilena


Po curanto przychodzi czas na CHORIPÁN, czyli chilijskiego hot doga. Choripány je się zazwyczaj przy okazji grillowania, serwuje się je wówczas jako przystawkę, w oczekiwaniu na “wielkie żarcie”, którego przygotowanie może zająć więcej czasu. Dlatego na wstępie podaje się takie malutkie bułeczki, w których środku znajduje się gorąca, dopiero co przygrillowana kiełbaska w kolorze ciemnoczerwonym. Naprawdę dobre i pikantne!

O słynnym ASADO DE CARNE nie będę wspominać, bo zwolennicy Argentyny zarzucą mi, że się mieszam w ich specjalność. Ale tylko zaznaczę, że grillowanie w Chile też cieszy się wielką popularnością!


Na południu Chile jadłam z kolei SOPAIPILLAS. To tak jakby nasze smażone naleśniki, z tą różnicą, że np. w Chile ich głownym składnikiem jest cukinia, a w Argentynie mówi się na nie “torta frita” lub Kreppel. Takie sopaipillas mogą być przyrządzane na słodko lub na słono, w drugim przypadku można je polać musztardą lub sosem czosnkowym. Najczęsciej serwują je uliczni kucharze lub przydrożne bary.

Tłuściutkie sopaipillas

O napojach (głównie tych wyskokowych) na razie nie będę pisać, bo to też dość szeroki i głęboki temat. W każdym razie wykazują się Chilijczycy pomysłowością. Na przykład: jak domową metodą wyprodukować kopię irlandzkiego Bayleis’a i jaką jej nadać nazwę? Wystarczy COLA DE MONO, czyli małpi ogonek. Po prostu pycha!


Comida en el Mapocho, zdjęcie z portalu Memoria chilena


Niektóre zdjęcia pochodzą ze zbiorów portalu:
http://www.portalchileno.ca/recetas/subrecetas/recetas.html

czwartek, 21 lutego 2008

Reasumując

muzyka: Silvio Rodriguez

sobota, 2 lutego 2008

Wakacyjne plany


Czas powoli się kurczy. Staż zakończony, Santiago okiełznane. Luty to dla Chilijczyków taki nasz sierpień: wszyscy właśnie wyjeżdżają na wakacje. Daniel dostał urlop, więc wojaże zaczynają się również dla nas: plecak już prawie gotowy. Plany na najbliższe dwa tygodnie: północne Chile, kawałek Boliwii, liźnięcie północnej Argentyny. Z tego powodu najpewniej nie będę miała możliwości pisać na bieżąco na blogu. Pojawię się tuż po świętym Walentym. Pozdrawiam!



To jest nasz wakacyjny plan


czwartek, 31 stycznia 2008

Lector in fabula, czyli trochę na Wasz temat



Mój pomocnik do spraw lustracji Google Analytics


Raz na jakiś czas zaglądam na taką pomocną stronę Google Analytics, żeby dowiedzieć się czegoś na Wasz temat. Za pomocą tej strony mogę na przykład odkryć jakim sposobem trafiliście na tego bloga, skąd jesteście, co Was interesuje, przy którym poście posiedzieliście trochę dłużej itp. W ten sposób czuję, że nie zawsze moje pisanie jest jak rzucanie grochem o ścianę – ku mojej wielkiej radości jest Was sporo, Czytelnicy! Cieszę się z tego ogromnie, bo nie spodziewałam się, że taki niespełna czteromiesięczny, raczkujący bobas, może mieć tyle wizyt!

Ale od początku: największa grupa osób odwiedzających ten blog znajduje się oczywiście w Polsce (i nie ma się tu czemu dziwić!). Zapewne zawdzięczam to mojej rodzinie i przyjaciołom, że to właśnie z Łodzi jest najwięcej czytelników, troszkę mniej z Warszawy, prawie tyle samo z Krakowa i Poznania, a tuż za nimi Katowice, Wrocław oraz wiele wiele innych miast większych i mniejszych!

Zaraz po Polsce przychodzi kolej na Hiszpanię! Ilu Polaków się znajduje na tym przepięknym Półwyspie! W Granadzie, Madrycie, Burgos, Barcelonie! Po prostu czuję się, jakbym dysponowała danymi dotyczącymi statystyk emigracji polskiej za granicą (bo przypuszczam, że Hiszpanie nie czytają tego bloga po polsku).

Z tajnych danych, którymi dysponuję, mogę również wywnioskować, że spora liczba osób, które odwiedzają ten blog, mieszka w Anglii i Irlandii, a także w Stanach Zjednoczonych oraz w Niemczech. Przypadkowy, przelotny i pewnie zabłąkany czytelnik z Indii chyba tylko na chwilkę tu wdepnął, po czym w ciągu niecałej sekundy ulotnił się wystraszony przez dziwne znaki polskiego alfabetu, ale mimo wszystko mój system dochodzeniowo-lustracyjny Google Analytics i tak go namierzył (nikt nie może czuć się bezpieczny!).

A dla mnie tym większa radocha, że nawet można wpaść na ten blog w dalekich Indiach.

Dużą ciekawostką jest zawsze dla mnie odkrycie “słów kluczowych”, za pomocą których tutaj trafiliście. Każdy wklepuje sobie bez skrępowania temat, który go interesuje, bez myślenia o późniejszych konsekwencjach, a tu CAP!, mój pomocnik do spraw lustracji pomaga mi namierzyć każdy Wasz podejrzany krok:



na przykład ktoś wpisuje “angielski dżentelmen znaczenie” i nie wiedzieć czemu trafia na stronę http://mi-chile-querido.blogspot.com/. Albo inna osoba (pewnie poddenerwowana brakiem pomysłów) pyta w Google: “co dziś na podwieczorek?”. Kurczę, aż mi głupio, że ktoś, kto szukał konkretnej odpowiedzi na frapujące pytanie, trafił na ten blog bez żadnych pożytecznych wskazówek! A już zupełnie czuję własną niemoc, gdy nie potrafię pomoć osobie chcącej się dowiedzieć: “czy da się zjeść cynamon?

Tym bardziej nie potrafię znaleźć sensownej odpowiedzi na to, jak Google mogło zaproponować mój blog w ofercie odpowiedzi na to oraz masę innych pytań! Podobne wątpliwości nasuwają mi się, gdy dowiaduję się o takich “słowach kluczach” doprowadzających do tego bloga i sprawiających, że czuję się osobą niekompetentą w temacie:

hobbi dla pań”, “nagie męskie torsy”, “geny niemców”, “indianie choroba jaja”, “majtki na lewą stronę”, “obrona architektów krajobrazu grudzień 2007”, “podanie o obniżenie czesnego”, “rok temu pod pałacem kultury była choinka zdjęcia”, “strój freda flinstona”, “w jakich kieliszkach lub szklankch podawać napoje?”, “wybory 2007 w zawoi zdjęcia tych co wygrali”.

Przepraszam wszystkich, którzy próbowali znaleźć odpowiedzi na swoje pytania na tym blogu i jedyne, z czym się tu zetknęli to wielkie rozczarowanie.

Ale tak trochę bardziej poważnie, to widzę, że jest spora grupa osób, które myślą o przeprowadzce do Chile lub innych krajów Ameryki Łacińskiej. Często pojawiają się pytania o pracę w Chile, poziom życia i zarobki w tym kraju oraz czy łatwo można tu zatrudnić służącą. Wiele osób trafia tutaj zastanawiając się, czy rzeczywiście w Chile żyje się jak w Trzecim Świecie. Odpowiem tylko (bazując się na moich doświadczeniach w Santiago), że zależy to od dzielnicy, w której się mieszka.

Ale ogólnie nie jest źle! Wręcz przeciwnie! I o tym staram się pisać.

Drodzy Czytelnicy! Jest dla mnie wielką radością śledzić te wszystkie statystyki i dowiadywać się o Was każdym razem czegoś więcej. Lecz największą moją radością jest to, że wpadacie tu czasem i zostawiacie po sobie jakies ślady. Każde komentarze, które umieszczacie pod tekstem są dla mnie drogocenną wskazówką na temat tego, co ulepszyć, o czym pisać więcej, a w jakich kwestiach mniej przynudzać! Pozdrawiam Was wszystkich, tych, którzy trafili tu z determinacją oraz tych, którzy szukając stroju freda flinstona na chwilę zboczyli z trasy i poświęcili swoje 5 minut na zobaczenie o co tu w ogóle chodzi! Dzięki!




czwartek, 3 stycznia 2008

Zmieńmy mapę świata!



Chile postanowiło się zbuntować. Dlaczego mieszkańcy tego kraju muszą wiecznie znosić złą sławę południa świata? Południe, w opozycji do bogatszej półkuli północnej, kojarzy się głównie z zacofaniem, biedą, złem. Taki tylko skrót myślowy odzwierciedlający brak równowagi w ekonomii światowej i w dystrybucji bogactwa.

Ale przecież takie przedstawienie kuli ziemskiej ze ścisłym określeniem czterech stron świata jest niczym więcej, jak tylko polubowną zgodą, umową, że przyjmuje się północ za północ a południe za południe. Dlaczego więc nie odwrócić mapy świata do góry nogami i umieścić Chile na uprzywilejowanym miejscu mapamundi?



W maju 2007 roku kilku przedstawicieli chilijskiego rządu zebrało się w celu przedyskutowania idei wprowadzenia zmian na mapie świata. Dyskusja potrwała dwie godziny, podczas których rozdano pięćset kopii nowej mapamundi, choć było to oczywiście przedsięwzięcie czysto symboliczne.

Dwa miesiące później wznowiono debatę: podczas akcji propagującej nowy porządek na mapie świata rozdano nauczycielom szkół podstawowych nowe mapy, aby ich uczniowie mieli możliwość nauczenia się geografii z innego punktu widzenia, według którego na północnym wierzchołku kuli ziemskiej znajduje się nie Grenlandia tylko Antarktyda.



Niektórzy nauczyciele byli zainteresowani tym pomysłem, lecz na dłuższą metę nie chcieli dzieciom mieszać w głowie, więc tylko zaproponowali im pewien rodzaj zabawy polegający na tym, że każdy uczeń miał za zadanie pokolorować kraje na “nowej” mapie.



Jednak wszystko zakończyło się równie szybko, jak się zaczęło. Idea została potraktowana jako zabawa, prowokacja, czysty gest, po którym nie zostało teraz żadnego śladu. Jedyne, co dokumentuje ten eksperyment, to zdjęcia paru uczniów, którzy dumnie reprezentują mapy, na których Chile jawi się jako jeden z najbardziej północnych krajów świata.


Klatka filmu dokumentalnego, który można obejrzeć w Museo de Arte Contemporáneo (MAC Quinta Normal) w Santiago de Chile do 20 stycznia, wykonany w ramach instalacji dokumentującej całe przedsięwzięcie przez Lucrecię Conget (“Inmediaciones Cartográficas”).

niedziela, 23 grudnia 2007

Choinka z mezozoiku


Dlaczego nie zastąpić tradycyjnej sosny lub świerku nieco bardziej oryginalnym iglakiem?

Dobrym pomysłem mogłoby być przyozdobienie świątecznymi bombkami chilijskiej araukarii (łac. araucaria araucana lub pehuén – w języku indian Mapuche).

Ten iglasty dinozaur rośnie między innymi na południu Chile: głównie w Regionie Araukanii (nazwa nadana przez hiszpańskich kolonizatorów) i w Regionie Jezior. Indianie Mapuche, którzy zamieszkują właśnie te rejony Chile, wykorzystują bogate w proteiny i minerały nasiona araukarii do wyrobu wielu produktów, nawet chleba i napojów wysokoprocentowych. Los piñones (czyli nasiona) można wykorzystać do robienia mąki, albo po prostu upiec je w piecu, tak jak robi się to z kasztanami: mają wtedy smak trochę podobny do pieczonych ziemniaków.

los piñones (czyli nasiona)

El Pehuén jest świętym drzewem dla indian Mapuche (ludzi ziemi), szczególnie tych, którzy żyją w rejonach, gdzie rosną araukarie (np. Huilliches – ludzie z południa - zamieszkujący wyspę Chiloé nie czczą araukarii w ten sam sposób, w jaki jest ona czczona przez Pehuenches – ludzi araukarii, którzy zamieszkują rejony chilijskich zboczy Andów. Powód jest prosty – na wyspie Chiloé araukaria praktycznie nie rośnie).




Postanowiłam, że przywiozę do Polski parę nasion araukarii, żeby zasadzić je u nas w ogrodzie. Najpierw poszłam ich szukać bezpośrednio do lasu, ale szybko uświadomiono mi, że grudzień nie jest odpowiednim miesiącem na zbieranie los piñones (które zbiera się na jesień, czyli w marcu). Było to moje pierwsze rozczarowanie, ale szybko się pozbierałam, bo pewna starsza pani, która udzieliła mi gościny u siebie w domu w Pucón, podarowała mi całą reklamówkę nasion, które sama zebrała w zeszłym roku w Argentynie. To była moja mała satysfakcja: już widziałam ogromne araukarie w moim ogrodzie.

Drugie rozczarowanie przyszło wkrótce potem, gdy dowiedziałam się, że araukaria rośnie średnio 1 cm na pięć lat i potrzebuje ok. 500 lat, żeby osiągnąć swe potężne rozmiary. Mogłam od razu zapomnieć o moich planach na popołudniowe siesty latem w cieniu tego prehistorycznego iglastego giganta. Mimo wszystko zasadzę te nasiona u nas w Łodzi, jeśli nie ku mojej osobistej uciesze, to przynajmniej ku uciesze moich wnuków.


Niektóre araukarie, które rosną w prastarych lasach na południu Chile i Argentyny mają czasem nawet ponad dwa tysiące lat i są wysokie na ponad 50 metrów – takie egzemplarze naprawdę robią wrażenie.


wtorek, 4 grudnia 2007

Studia dla bogaczy



Universidad de Los Andes

Czy stopień zamożności idzie w parze z inteligencją? Niekoniecznie, a raczej na pewno nie. Za to w Chile można się przekonać, że im masz więcej pieniędzy tym lepsze wykształcenie (choć na pewno nie jest to typowe tylko dla Chile). Bez pieniędzy nie można tu nawet pomarzyć o studiach. Wprawdzie istnieją stypendia socjalne i naukowe, ale nie zawsze jest tak łatwo jest zdobyć.

Na przykład na Uniwersytecie Chilijskim (Universidad de Chile), żeby uzyskać stypendium socjalne zarobki rodziców nie mogą przekroczyć 130 000 pesos czyli ok. 600 zł miesięcznie. To bardzo mało, nawet jak na Chile, i choć jest spora grupa ludzi, którzy rzeczywiście tyle zarabiają, to chyba oni właśnie rzadko mają aspiracje związane z wykształceniem wyższym. A ci, których zarobki przekraczają podany limit mogą pożegnać się z nadzieją na stypendium socjalne.

Mogą za to ubiegać się o stypendia naukowe, które polegają na tym, że obniża im się czesne np. o 30 lub 40% (albo więcej) w zależności od ocen. W ten sposób można sobie obniżyć koszty czesnego, lecz niech nikt nie wpada w zachwyt myśląc o hojności chilijskich uniwersytetów, bo trzeba wziąć pod uwagę, że czasami takie miesięczne czesne wynosi nawet ok. 320 000 pesos (przykład dotyczy Medycyny na Universidad de Los Andes) czyli ok. 1 700 złotych (podkreślam: miesięcznie!).

W takiej sytuacji spora grupa studentów bierze kredyty studenckie, aby opłacić piekielnie wysokie czesne, a zaczyna je spłacać po zakończeniu studiów. Może i jest to rozwiązanie, ale tylko w przypadku opłacalnych kierunków, takich jak inżynieria czy medycyna, w przypadku których ma się prawie stuprocentową pewność, że znalezienie pracy nie będzie problemem, a zarobki w szybkim tempie pozwolą spłacić kredyt (który czasem można spłacać nawet przez 20, 30 lat, w zależności od tego w jakich ratach ustali się go płacić). I tak uważam, że dla młodego magistra, który dopiero co wchodzi w życie i ma plany założenia rodziny, spłata takiego kredytu to jeden wielki koszmar, mimo to wielu Chilijczyków wybiera właśnie taką formę opłaty za studia. O wiele tragiczniej wygląda sytuacja studentów kierunków humanistycznych, których studia wprawdzie kosztują mniej, ale i tak w momencie, kiedy kończą karierę naukową, w większości znajdują się w sytuacji bez wyjścia: o pracę trudno, albo zarobki komicznie niskie, a do tego kredyt do spłacenia jak zmora unosząca się w powietrzu.

Co ciekawe, w Chile żaden uniwersytet nie jest bezpłatny. Nawet na państwowych uczelniach Universidad de Chile i Universidad de Santiago płaci się miesięczne czesne, które czasami jest niewiele niższe niż to na uniwersytetach prywatnych. A tych ostatnich w samym Santiago jest niezliczona ilość. Niemalże na każdym skrzyżowaniu (to oczywiście drobna przesada) znajduje się budynek niepublicznej uczelni. Oczywiście nie warto nawet zadawać sobie pytania na temat jakości takich uczelni, które w ostatnich latach wyrosły jak grzyby po deszczu. Można na nich studiować najróżniejsze kieruki, specjalizacje, o których się nam nawet nie śniło, no i oczywiście słono płacić za dyplom uczelni, która może splajtować po paru latach, kiedy przestanie przynosić korzyści materialne. Niewątpliwie nie można zarzucić prywatnym uczelniom jednego: nieumiejętności promowania się. W metrze, na przystankach, na wielkiech billboardach i we wszelkich mediach widnieją reklamy przyciągające młodych Chilijczyków żądnych wiedzy na łono prywatnej uczelni. Oczywiście to sami studenci, płacąc tak słone czesne, umożliwiają uczelniom wielkie kampanie reklamowe. Uniwersytety niepubliczne (każda placówka niepaństwowa ma prawo nazywać się uniwersytetem) przekształciły się w dochodowy biznes, na którym można zarobić bardzo poważne pieniądze. Dlatego właśnie w grudniu, w okresie, w którym licealiści zdają egzamin dojrzałości, każda z uczelni zawzięcie walczy o pozyskanie jak największego numeru nie studentów lecz klientów, którzy najczęściej z kieszeni rodziców będą napędzać ten bestialski „uczelniany” biznes.

Kiedy opowiadam o państwowych uniwersytetach w Polsce, nie każdy potrafi w to uwierzyć. Tutaj panuje przeświadczenie, że im więcej płacisz, tym lepsze masz wykształcenie. Dlatego na przykład lepiej nie iść na „bolszewicki” (jak uważają niektórzy) Universidad de Santiago, bo zbyt wiele na nim strajków i buntów studentów, lepiej zapisać się na Universidad de Los Andes (uniwersytet sponsorowany przez Opus Dei), w snobistycznej dzielnicy na peryferiach Santiago, do którego bogaci studenci przyjeżdżają swoimi autami. Na tym uniwersytecie nikt nie strajkuje. Dlaczego? Bo jak ja bym miała płacić 1 700 zł za miesiąc nauki, to też szkoda by mi było każdego dnia na strajk.


Przyjemnie studiować w takiej atmosferze.
Trzeba za to jednak słono zapłacić.
Universidad de Los Andes
(Opus Dei)








Reklamy prywatnych uczelni w codziennej prasie.
Cennik kierunków,
jak w liście dań.



niedziela, 2 grudnia 2007

Teletón

Na plakacie mózg Teletónu, don Francisco



Kiedy pierwszy raz zobaczyłam pomazane białą farbą samochody i autobusy, pomyślałam, że to szczyt wandalizmu. Większość aut w Santiago od mniej więcej dwóch tygodni miała powypisywane na tylnich szybach napisy w stylu: „Teletón 2007” albo „Yo estoy”. Tak samo wyglądały autobusy i przystanki autobusowe. Wandalizm w stylu łódzkich napisów na murach „Widzew Pany”.




Przejawy wandalizmu?

Ale wkrótce się przekonałam, że Teletón to wcale nie nazwa chilijskiej drużyny piłkarskiej, tylko ichniejsza wersja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Napisami na samochodach i autobusach przypominali mieszkańcom miasta, aby nie zapomnieć o wpłacie drobnej sumy pieniędzy na rzecz dzieci niepełnosprawnych. Ideatorem Teletónu jest don Francisco, znany chilijskiej publiczności jako charyzmatyczny prezenter telewizyjny, odpowiednik naszego Owsiaka.


Pierwsza edycja miała miejsce w 1978 i od tamtego czasu na konto fundacji wpłynęło ponad 240 milionów dolarów, które przeznaczono na sprzęt rehabilitacyjny dla potrzebujących dzieci. Wczoraj ku radości wszystkich Chilijczyków udało się zebrać kwotę wyższą niż w roku ubiegłym. Siedziby Banku Chilijskiego były otwarte do północy, aby umożliwić każdemu dokonania wpłaty na konto Teletónu.

Kiedy przed jedenastą wieczorem chciałam dokonać i ja drobnej wpłaty, przed siedzibą banku natknęłam się na naprawdę długą kolejkę. Trzeba było czekać, aby dopchać się do okienka, lecz tym razem było to oczekiwanie w przyjemnej atmosferze, nikt nie marudził ani się nie wykłócał, tylko spokojnie czekał, żeby dorzucić się do wspólnej zbiórki.


Czekanie w kolejce opłaciło się.
W końcu i ja też dodałam coś do końcowej puli.



W takich dniach jak wczorajszy, chyba każdy Chilijczyk czuje się dumny z bycia Chilijczykiem.

czwartek, 29 listopada 2007

Przy podwieczorku rozmawiamy o Guillerminie



Pan con palta

czyli chleb z awokado
Najsmaczniejszy składnik podwieczorku


Każdego dnia po południu, tak między godziną 16 a 20, Chilijczycy zwykli zasiadać za stołem w celu „tomar once”. Na początku mojej przygody z Chile „tomar once” znaczyło dla mnie tyle co angielskie „five o’ clock”, czyli herbatka z drobną przekąską. I rzeczywiście „once” jest w Chile rytuałem i ceremonią, obowiązkiem i okazją do wspólnego spędzenia popołudnia. Filiżanka herbaty lub kawy, gorący chleb z masłem i zielonym awokado, dżemem lub wędliną – są to typowe składniki codziennego „once”. Jest to na tyle niezobowiązujący podwieczorek, że zwykle zaprasza się kogoś do siebie do domu „para tomar una rica once” (na pyszny podwieczorek).

„Once” oznacza cyfrę 11, dlatego też można by się długo zastanawiać co ma wspólnego popołudniowy podwieczorek z tą liczbą, skoro wcale się go nie spożywa w godzinach przedpołudniowych. Otóż zwrot „tomar once” wywodzi się z czasów, kiedy robotnicy robili sobie przerwę w pracy na drugie śniadanie, na które składały się kanapki i czasami również aguardiente (czyli mniej więcej odpowiednik naszej polskiej wódki). Żeby jednak ukryć fakt spożywania alkoholu podczas przerwy na drugie śniadanie, ktoś wpadł na pomysł, żeby zamiast aguardiente używać słowa once (11), które odpowiada liczbie liter w nazwie tego alkoholu. I tak się przyjęło: „tomar once” czyli po prostu „pójść na jedenastkę” (a dzisiaj: zjeść podwieczorek).

Aktualnie używa się tego sformuowania nie zważając na to, że zazwyczaj w porze podwieczorku w ogóle alkoholu się nie spożywa. W zamian za to serwuje się herbatki (na które Chilijczycy mówią „aguita” lub „tecito”) lub kawki („cafecito”). Są to oczywiście zdrobnienia od następujących słów: „agua”, „”, „café” (woda, herbata, kawa), które w ustach Chilijczyków nabierają pieszczotliwych odcieni. W ogóle cechą charakterystyczną dla Chilijczyków są wszelkiego rodzaju zdrobnienia przy użyciu jakichkolwiek słów. Dlatego podczas popołudniowego „once” w chilijskich domach pije się herbatki i kawki oraz je się kromeczki podgrzanych chlebków (un pancito calentito) itp.

I właśnie podczas jednego z takich codziennych podwieczorków, zajadając się podgrzanym chlebkiem z awokado (pycha!), tata Daniela opowiedział mi bardzo ciekawą historię.

Kiedy jego mama (a babcia Daniela), Guillermina Rehren, była dwunastoletnią uczennicą w prowincjonalnej szkole na południu Chile (w Temuco), zaprzyjaźniła się z pewną dziewczynką o imieniu Laura. Dziewczynka ta była siostrą nikomu wówczas nieznanego chłopca o imieniu Neftalí Ricardo i nazwisku Reyes Basoalto. Któregoś dnia Guillermina została zaproszona do domu swojej przyjaciółki i tak właśnie ukazała się czternastoletniemu Neftalí, który pobiegł otworzyć jej drzwi. Chłopiec jakby zaniemówił, wydawać by się mogło, że poraziły go błękitne pioruny, które ujrzał wokół Guillerminy. I tak właśnie opisał to w poemacie „¿Dónde estará la Guillermina?” ("Gdzie jest Guillermina?"), kiedy miał już na karku więcej niż pięćdziesiąt lat i przybrany pseudonim Pablo Neruda.

Pierwsze wersy poematu brzmią następująco:

"Cuando mi hermana la invitó

y yo salí a abrirle la puerta

entró el sol,

entraron estrellas,

entraron dos trenzas de trigo

y dos ojos interminables…"

(Kiedy moja siostra ją zaprosiła

i wyszedłem, żeby otworzyć jej drzwi,

weszło słońce,

weszły gwiazdy,

weszły dwa warkocze z pszenicy

i para głębokich oczu bez dna...)

Poemat jest przepiękny. Całość można przeczytać tutaj

a ja może kiedyś zdobędę się na przetłumaczenie go do końca, choć wydaje mi się, że przy tłumaczeniu poezji nigdy nie uda się oddać całego uroku i atmosfery wiersza. Może ktoś inny się pokusi?

"Isla Negra 1968
Dla Guillerminy Rehren,
której wspomnienie mimo upływu czasu
pozostało żywe w jej starym przyjacielu.
Pablo Neruda"

W domu Daniela jest parę książek Nerudy, które poeta podarował jego babci już jako uznany artysta. Artysta, który pomimo mijającego czasu nigdy nie zapomniał o swojej młodzieńczej fascynacji. I nie szkodzi, że w swoim bujnym życiu związał się z wieloma kobietami, które porzucał, kiedy poznawał inne. Jednak lata nie wymazały mu z pamięci dwunastoletniej Guillerminy, której po latach dedykował swoje książki. I właśnie dlatego drugie imię Daniela to Guillermo, na cześć babci, która niestety nie wyszła za mąż za Nerudę (a może właśnie na szczęście), tylko za Luisa Advis Lobos, senatora i burmistrza Iquique, człowieka bardzo cenionego na północy Chile i bardziej stałego w uczuciach niż poeta Pablo. Może i na dobre to wyszło Guillerminie.

"Na stronie 220
piękne wspomnienie

Pablo Neruda

dla Guillerminy Rehren

Październik 1968"

PS. A dyrektorką w szkole w Temuco w czasach, gdy chodziła do niej Guillermina była ni mniej ni więcej tylko sama Gabriela Mistral (pierwsza Literacka Nagroda Nobla dla Chile, w 1945 roku).


A na zdjęciu tata Daniela,
syn Guillerminy, w której zauroczył się Neruda

niedziela, 25 listopada 2007

Bogaty Trzeci Świat




Mówi się, że poziom życia w krajach europejskich należy do najwyższych na świecie i na pewno dużo jest w tym prawdy. Lecz nie zawsze poziom życia przeciętnego Polaka jest zbliżony do poziomu życia mieszkańca np. Lukermburga czy Irlandii. Mimo że zwykło się mówić o Chile jak o kraju Trzeciego Świata, wartość Produktu Krajowego Brutto Polski i Chile jest bardzo podobna (PKB per capita, wg PPP: Polska 16 599 USD, Chile 13 745 USD. Dla porównania Luksemburg 87 400 USD, Peru 7 410 USD. Szacowane na 2007 rok). Tak więc bliżej nam do Trzeciego Świata, niż mogłoby się nam wydawać i niż byśmy tego chcieli.

Jednak to, co charakteryzuje kraje Trzeciego Świata, to przede wszystkim nierówna dystrybucja bogactwa. Dlatego też w Chile rzucają się w oczy ogromne dysproporcje w poziomie życia mieszkańców tego kraju. Bogaci Chilijczycy są BARDZO bogaci, a biedni są BARDZO biedni. Tego w Polsce się aż tak bardzo nie widzi, a kontrasty są znacznie mniejsze.

W Santiago bogaci ludzie budują swe domy w ekskluzywnych dzielnicach, z pięknymi ogrodami, basenami, strażnikami, którzy pilnują bezpieczeństwa. W bogatych domach każdy ma swoją (co najmniej jedną) służącą i opiekunkę do dzieci, którymi są Chilijki lub, coraz częściej, Peruwianki, dla których zarobki w Chile są o wiele wyższe niż te w Peru. Kontrasty są ogromne: bogaci rzadko albo wcale spotykają się z biednymi: bogaci mają swoje kluby sportowe i swoje supermarkety, swoje restauracje i szkoły, do których nie mają dostępu ludzie z nizin społecznych. Są to dwa osobne światy, które mają ze sobą niewiele wspólnego i zdaje się, że obydwa funkcjonują w sposób zupełnie niezależny od siebie.

Biedne dzieci chodzą do publicznych szkół, po których mogą sobie tylko pomarzyć o uniwersytecie. Natomiast bogate dzieci chodzą do prywatnych szkół (niemieckich, angielskich itp.), w których miesięczne czesne czasami dochodzi do 1 000 USD. Potem dostają się na prywatne uniwersytety albo nawet wyjeżdżają na studia do Europy lub do Stanów Zjednoczonych. I oczywiste jest, że nigdy nie spotkają się ze swoim rówieśnikiem z biednych dzielnic.


Bogate dzielnice na wschodzie Santiago:
La Reina, Las Condes, Vitacura, Lo Barnechea
.

Z łatwością można zaobserwować jak zmienia się miasto przemierzając je z zachodu na wschód: na zachodzie Santiago znajdują się ubogie dzielnice, do których zaleca się samemu nie wybierać na spacery. Kierując się bardziej na wschód krajobraz zmienia się nie do poznania: nagle ni stąd ni zowąd wyrastają potężne oszklone wieżowce, domy jednorodzinne z pięknymi ogrodami, nagle na ulice wyjeżdżają ekskluzywne jeepy, a w cieniu drzew spacerują z pieskami starsze panie o włosach koloru blond i podejrzanie jasnej karnacji. Jeśli zaczęłoby się rozmowę z taką pania, na pewno pierwszą rzeczą, jaką by uraczyła swego rozmówcę, byłoby dokładne opisanie swojego drzewa genealogicznego, z naciskiem na swój niemiecki lub francuski rodowód i europejskie nazwisko.


Jednym z hobby takich pań jest „REMATE”, czyli aukcje. Czasem majętne rodziny decydują się wystawić na aukcję antyczne meble, obrazy, lampy, fotele w stylu Ludwika XIV, gobeliny, serwisy itp. Wszystko oczywiście przywiezione przez pradziadków z dalekiej Europy, najlepiej z Francji lub Anglii, najlepszej jakości.
Bogaci i starsi mieszkańcy Santiago (zazwyczaj mieszkańcy dzielnicy Providencia oraz innych dzielnic bardziej na wschód od Providenci) lubują się właśnie w takich luksusach. Więc ja też się skusiłam i poszłam na taką aukcję. Oto zdjęcia i dowód na to, jak majętne rodziny żyją sobie w tym biednym kraju Trzeciego Świata: