Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 stycznia 2008

Konfliktu ciąg dalszy



David Choquehanca (Boliwia), José Antonio García Belaúnde (Peru)
i Alejandro Foxley (Chile)



Niedawno pisałam o zaostrzającym się konflikcie na linii Chile – Peru. Konflikt ten wybiega jednak poza te dwa kraje i zaczyna obejmować również inne kraje andyjskie, jak np. Ekwador, który z zainteresowaniem śledzi całą sprawę, ponieważ decyzja Trybunału Haskiego mogłaby wpłynąć także na morską granicę między Peru a Ekwadorem.

Minister Spraw Zagranicznych Chile, Alejandro Foxley, spotkał się z szefami MSZ Ekwadoru, Kolumbii i Boliwii w Cartagenie de Indias (Kolumbia), w celu przedyskutowania sytuacji dotyczącej morskiej linii granicznej między Chile a Peru. Dyskusja odbyła się przy okazji Zjazdu Ministrów Spraw Zagranicznych Unasur (Unii Krajów Południowoamerykańskich). Celem rozmów było ustalenie ewentualnej współpracy między państwami biorącymi udział w konflikcie granicznym. Foxley przedstawił pozycję Chile, jednak zapewnił, że jego zamiarem nie było organizowanie lobby. Stwierdził on, że granica morska między Chile a Peru została definitywnie ustalona na mocy Traktatu z 1929 roku oraz umów z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, wobec czego nie uznaje pozwu, który rząd Peru złożył w Trybunale Haskim.

Uczestnicząca w spotkaniu szefowa MSZ Ekwadoru, María Isabel Salvador, wyraziła swoją solidarność wobec rządu Chile, stwierdzając, że także dla Ekwadoru umowy z roku 1952 („Deklaracja z Santiago dotycząca Strefy Morskiej”) oraz z 1954 (Umowa dotycząca granicznej strefy morskiej) podpisane między Chile, Peru i Ekwadorem są decydujące w tej sprawie. Pani minister podkreśliła, że decyzja Trybunału Haskiego będzie miała również duże znaczenie dla Ekwadoru i dla jego południowej granicy morskiej z Peru.

Rozmowa Foxleya z Davidem Choquehanca (Ministrem Spraw Zagranicznych Boliwii) miała na celu podkreślenie faktu, że wniosek wniesiony przez Peru przed Trybunał Sprawiedliwości może negatywnie wpłynąć na boliwijskie aspiracje otrzymania dostępu do morza.

Obie strony konfliktu, chilijska i peruwiańska, przyznają, że ich bilateralne relacje ucierpiały w znaczący sposób od chwili, kiedy Lima zaczęła poddawać w wątpliwość aktualność traktatów dotyczących morskiej linii granicznej. Minister Spraw Zagranicznych Peru, José Antonio García Belaúnde zapewnił jednak, że silne ochłodzenie stosunków politycznych na linii Chile – Peru nie było zamiarem peruwiańskiego rządu.

(Na podstawie "El Mercurio" z dn. 28.01.2008r.)

piątek, 18 stycznia 2008

Każdy ma swojego wroga



Peru domaga się, by została zmieniona
morska linia graniczna z Chile.
Niewątpliwie ma chętkę na wszystkie krewetki i inne owoce morza,
które wyławiają Chilijczycy.

Zaznaczony na granatowo trójkąt to marzenie Peruwiańczyków.


Od początku stycznia chilijska prasa rozpisuje się na temat trwającego od wielu lat konfliktu między trzema państwami: Chile, Peru i Boliwią, dotyczącym
1) granicy morskiej (między Peru a Chile)
oraz
2) morskich aspiracji Boliwii (Boliwia jest jednym z dwóch krajów Ameryki Południowej, który nie ma dostępu do morza. Drugi to Paragwaj).

Dwa dni temu Peru zgłosiło przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze problem dotyczący morskiej linii granicznej przebiegającej między Peru i Chile. Peru domaga się zmian w jej przebiegu, mimo że aktualna linia została ustanowiona na mocy porozumienia z 1929, w którym Chile zatrzymało rejon Arica, a Peru odzyskało Tacnę oraz otrzymało odszkodowanie w wysokości 6 mln dolarów.

Sprawę tę śledzi z uwagą również rząd Boliwii, ponieważ jej wynik może w znaczny sposób ograniczyć aspiracje Boliwii dotyczące uzyskania dostępu do morza. Lima domaga się zmniejszenia powierzchni morskiej Chile na własną korzyść, co byłoby niekorzystne również dla Boliwii, która wiąże nadzieje uzyskania dostępu do morza na tym właśnie odcinku, o który ubiega się Peru.

Boliwia liczyła na stworzenie „korytarza” na terytorium chilijskim, dzięki któremu miałaby dostęp do morza na wysokości miejscowości Arica na północy Chile, lecz Peru czyni kroki w kierunku, by Arica stała się tzw. „suchym portem” nie mającym prawa do powierzchni morskiej u swoich wybrzeży.

Minister Spraw Zagranicznych Boliwii, David Choquehuanca, podkreślił, że konflikt między Peru i Chile nie powinien wpłynąć negatywnie na stosunki między Chile a Boliwią. Wyraził on także swój optymizm mówiąc o obecnej sytuacji politycznej między swoim krajem a Chile. „Nigdy wcześniej nie byliśmy tak blisko porozumienia; właśnie teraz rodzi się atmosfera sprzyjająca nawiązaniu dialogu między naszymi krajami” – powiedział Choquehuanca w wywiadzie dla dziennika „El Mercurio”. Stosunki dyplomatyczne między Chile a Boliwią, które zostały przerwane w roku 1978, mają szansę znacznie się polepszyć w tym roku, choć pozostaje jeszcze wiele do zrobienia na tej drodze.


Szef MSZ Boliwii David Choquehuanca
i szef MSZ Chile Alejandro Foxley

oraz ich „przyjacielski” uścisk dłoni.


Przed wojną o Pacyfik ( w latach 1879-1884),
która zakończyła się zwycięstwem Chile,

aktualne tereny północnego
Chile
należały częściowo do Peru i Boliwii.

Boliwia do dzisiaj nie może pogodzić się z utratą dost
ępu do morza,
czego nie przestaje manifestować.

poniedziałek, 14 stycznia 2008

Choroba Passenta


Braku błyskotliwości i charakterystycznego stylu nie można z pewnością zarzucić wieloletniemu felietoniście „Polityki” Danielowi Passentowi. Czasami czytam komentarze, które zamieszcza na swoim blogu En Passant, żeby dowiedzieć się co w naszej polskiej trawie piszczy. I zawsze znajdę coś, co mnie rozbawi do łez. A parę dni temu wpadła mi w ręce jego książka, z której można dowiedzieć się wielu szczegółów z dyplomatycznego światka, w którym Passent „bywał” jako ambasador Polski w Chile w latach 1996 - 2001.

Gdyby ten tytuł nie był już zajęty przez Bolesława Prusa, ta książka nazywałaby się „Placówka”. A tak – nazywa się „Choroba dyplomatyczna”. Oto symptomy choroby.

Tymi słowami zaczynają się wspomnienia Passenta, a tym, którzy nie zechcą przeczytać książki w całości, zacytuję parę najciekawszych, moim zdaniem, fragmentów.
Najbardziej aktualne wydają mi się spostrzeżenia na temat osób, o których w ostatnich dniach w polskiej prasie było dosyć głośno. Uwagi te pochodzą sprzed paru lat, Radosław Sikorski jest od niedawna ministrem spraw zagranicznych, a o Jerzym Achmatowiczu znów zaczęło być głośno w związku z jego kandydaturą na ambasadora Polski w Meksyku. Spostrzeżenia Daniela Passenta nie tracą do dziś swojej aktualności!


Pierwsza obserwacja dotyczy obecnego szefa MSZ Radosława Sikorskiego, który po wyborach 1997 roku został wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialnym między innymi za sprawy konsularne oraz stosunki z Ameryką Łacińską. Był więc przełożonym Passenta, który pisze o nim w ten sposób:

Sikorski to, co robił, wykonywał kompetentnie i z gracją, aż do przesady. Ten młody człowiek jest upozowany na angielskiego dżentelmena starej daty. Docenia swoją aparycję, ubiór, aromat dobrej herbaty z czajniczka, a nie z papierowej torebki, przede wszystkim zaś swoją angielszczyznę. Wszystko w najlepszym gatunku, aczkolwiek wystudiowane. Na tle często spasionych lub przepitych urzędników postkomunistycznych „z łupieżem na kołnierzu” – jak sam pisze – oraz czasami zaniedbanych postaci z „Solidarności” i jej akolitów Radek Sikorski wyróżniał się swoim czarnym paletkiem typu dyplomatka z aksamitnym kołnierzykiem, nienagannym garniturem i manierami. Starannie zaczesany, nie omijał żadnego lustra, by nie rzucić okiem, czy aby jakiś niesforny włos nie wystaje z szeregu. Powiedziałbym, że był nadubrany, nie tyle ubrany, co przebrany. Swoją dbałością o wygląd zewnętrzny wniósł świeży, londyński powiew do naszej kapuścianej dyplomacji. Jednak prawdziwą namiętnością ministra jest jego angielszczyzna. Nie wystarczy napisać, że jest ona płynna – ona jest nienaganna, ba, doskonała, a nawet więcej, oksfordzka... Kiedy Radek Sikorski zabiera publicznie głos po angielsku (...) celebruje każde słowo, każdy zwrot, lubuje się słysząc siebie, jakby słyszał dzwony Big Bena, upaja się każdym dźwiękiem, jak gdyby był lektorem BBC, którego każdy wdech i wydech, każde the niesie się daleko w świat (...), i jest tak angielskie, tak brytyjskie, że nie powstydziłaby się go ani lady Tatcher, ani Anthony Eden. Radek Sikorski płynie na falach swojej angielszczyzny, sprawia mu ona rozkosz, smakuje ją tak, jak koneser delektuje się dobrą whisky, cygarem lub koniakiem.

Kolejna obserwacja dotyczy osoby Jerzego Achmatowicza, który kojarzony jest głównie ze znajomości z o. Tadeuszem Rydzykiem i oskarżanym o antysemityzm milionerem mieszkającym w Urugwaju Janem Kobylańskim. Dzięki ich poparciu Achmatowicz miałby zostać ambasadorem Polski w Meksyku. Jak poinformował „Wprost", jego nominację chce zablokować szef MSZ Radosław Sikorski. Ponadto Sikorski wydał ambasadorom pisemny zakaz kontaktów z Janem Kobylańskim (na ten temat pisał parę dni temu Tierralatina).

Prasowe notki nie oddają całego uroku postaci Achmatowicza, o którym Passent wypowiada się w taki oto pozytywny sposób:

Jedyny i ostatni z prawdziwego zdarzenia tłumacz polski w Chile, doktor Jerzy Achmatowicz, po dziesięciu latach wrócił do kraju, gdzie rozpoczął nowe życie zawodowe i prywatne. Dla naszej ambasady wielka strata, bo był jednym z nielicznych intelektualistów w Polonii chilijskiej, a w dodatku doskonałym tłumaczem, który świetnie sobie radził, tłumacząc na każdy temat, nawet rozmowy na temat funduszy ubezpieczeniowych. Najlepiej by było, gdyby w Polsce został dyrektorem w MSWiA, gdzie mógłby zająć miejsce dyrektora niemowy. Inteligentny, dowcipny, był bardzo lubiany przez swoich studentów wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Diego Portales. Jako człowiek bohemy niezbyt jednak pasowałby do resortu, gdyż nosi się w sposób niekonwencjonalny. Nigdy nie widziałem go w garniturze ani nawet w marynarce, na ogół występował w koszuli bez kołnierzyka a la rubaszka, wyłożonej na spodnie, bez skarpetek, w sandałach, w których potrafił nawet przyjść na kolację u ambasadora... Czy taki człowiek pasuje do MSWiA?

Na temat swojego poprzednika na placówce w Santiago, ambasadora Zdzisława Ryna (obecnie ambasadora Polski w Argentynie, o którym mówi się, że również był rekomendowany przez ojca Rydzyka i Kobylańskiego), Daniel Passent pisze w samych superlatywach (!?):

Po przybyciu do Chile okazało się, że istotnie mój poprzednik wiele zdziałał: rozwijał się handel, podpisano umowy, przyjechał prezydent Wałęsa, krążyli ministrowie i przedsiębiorcy, ambasador wykładał, pisał, dwoił się i troił. Miałem więc dużo do zepsucia. Przede wszystkim zepsułem stosunki z generałem Pinochetem.

Obejmować urząd po kimś, kto doprowadził stosunki z Chile do takiego rozkwitu, nie było łatwo, może nawet nie miało sensu, ponieważ wszystko już zrobiono, dla mnie nie zostało nic. „Jeśli wolno mi zażartować, to mój następca, choćby palcem nie kiwnął, ma do końca kadencji zagwarantowane obroty w wysokości miliona dolarów dziennie” – mówił profesor Ryn w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej” (4 kwietnia 1997).

W ciekawy również sposób Passent przedstawił swoje obowiązki:


Nazajutrz po pracy kąpiel (w basenie, bo styczeń to pełnia lata) i znów wymarsz na kolację. Tym razem do Austriaków. Ciężka to jest praca – bywanie na kolacjach, gdyż trzeba rozmawiać, być aktywnym i towarzyskim, żeby wynagrodzić gospodarzom ich wysiłek, ponadto trzeba jeść, żeby nie sprawić przykrości, pić (choć to nie jest obowiązkowe), a ponadto rewanżować się – zapraszać do siebie.

Choroba dyplomatyczna” jest napisana tak kąśliwym językiem, że czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej, że zostały w niej obsmarowane osoby z wyższych sfer, o których czasem nie wypada powiedzieć złego słowa. Passent zrobił to doskonale, w morzu ironii zabrakło tylko kropli autoironii.



czwartek, 10 stycznia 2008

Kto się boi Indian Mapuche?


flaga Indian Mapuche

Napięcie rośnie na linii Indianie Mapuche – rząd chilijski i zagraniczni inwestorzy. Akty przemocy w rejonie Araukanii rozpoczęły się mniej więcej 10 lat temu, mimo że konflikt ten trwa nieprzerwanie od stuleci. Ziemie Araukanii na południu Chile należały początkowo do Indian z plemienia Mapuche, sytuacja ta nie zmieniła się nawet, gdy na te tereny dotarli hiszpańscy konkwistadorzy (wojny między ludnością rdzenną a hiszpańskimi najeźdźcami trwały prawie 300 lat). Dopiero w drugiej połowie XIX wieku, czyli już wtedy, gdy Chile było niezależne od korony hiszpańskiej, zastosowano nieludzkie metody na spacyfikowanie ludności z rejonu Araukarii i pozbawiono ją prawa do zamieszkałych przez nią terenów.

Z 10 milionów hektarów, które należały do Indian, zostało im przydzielonych przez rząd 5 tysięcy hektarów, czyli zaledwie 5 % pierwotnie posiadanych terenów. Do dziś jednak, pomimo upływu ponad 100 lat od tamtych wydarzeń, Indianie Mapuche czują się właścicielami odziedziczonych po przodkach ziem.

Podczas ostatniej dekady wiele zagranicznych firm zaczęło wykupywać po bardzo korzystnej cenie ziemie na południu Chile w celu budowania na nich hydroelektrowni; w szybkim tempie powstało tam również wiele spółek przemysłu drzewnego. Mimo że zagraniczni inwestorzy są legalnymi właścicielami terenów, większość Indian Mapuche, którzy do dzisiaj zamieszkują te rejony, wzbrania się przed ich uprzemysłowieniem (w kulturze Indian Mapuche największym szacunkiem darzy się ziemię i naturę).

Rząd chilijski sprzyja zagranicznym inwestorom, gdyż przemysł hydroenergetyczny i drzewny są tu bardzo opłacalne. Indianie Mapuche próbują więc bronić swoich praw i terenów używając przemocy: pod koniec 2007 roku znacznie wzrosła liczba ataków terrorystycznych sprowokowanych przez Indian. Ich manifestacje kończą się często umyślnymi podpaleniami TIRów i autobusów, tak jak to miało miejsce w listopadzie i grudniu ubiegłego roku, a także okupowaniem fabryk, podpalaniem lasów, strajkami, zajmowaniem prywatnych terenów, atakami na samoloty patrolujące lasy itp.

Do poważnego incydentu doszło 3 stycznia, gdy policja zastrzeliła 22-letniego rebelianta Matíasa Catrileo podczas próby zajęcia terenów należących do prywatnego właściciela, które Indianie uważają za swoje. Incydent ten rozpoczął się nad ranem, kiedy to dwudziestu pięciu Indian Mapuche i ludzi ich wspierających zaczęło okupować posiadłość ziemską, wyrażając w ten sposób swój protest. Policja, która została wezwana, by bronić terenu, rozpoczęła pościg za grupą. Padły strzały w stronę uciekających, w wyniku czego zmarł na miejscu młody student z plemienia Mapuche.


pogrzeb Matíasa Catrileo
foto: "
La Nación"


Tego samego dnia w centrum Santiago zorganizowano manifestację, która zakłóciła inaugurację Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Stgo a Mil. Manifestanci weszli na scenę, na której odgrywany był spektakl chilijskiego teatru, by wyrazić swój protest przeciwko przemocy policji wobec młodego aktywisty.

Prawicowy dziennik „El Mercurio” krytykuje aktualny rząd za zbyt łagodne traktowanie przestępców Mapuche, co może poważnie wpłynąć na to, że zagraniczne firmy przestaną postrzegać Chile jako kraj atrakcyjny dla ich inwestycji. Co może odstraszać zagranicznych inwestorów? Na przykład incydenty podobne do tego, który miał miejsce 7 stycznia w bogatej dzielnicy Santiago, Las Condes.

Zamaskowany człowiek oddał kilka strzałów w stronę jeepa, do którego wsiadał Mario Marchese, dyrektor hydroelektrowni Trayenko, której kolejne centrale planuje się wybudować w Araukanii (koszt inwestycji szacuje się na 600 milionów dolarów). O próbę zamachu podejrzewa się jednego z działaczy organizacji CAM, zrzeszających rebeliantów Mapuche. Zarząd organizacji CAM zaprzecza temu i twierdzi, że nie ma nic wspólnego z zamachem.

W dniu 10 stycznia tego roku pani prezydent Bachelet wyznaczyła specjalną grupę ministrów, którzy zajmą się tą delikatną sprawą, by zapewnić większe bezpieczeństwo w kraju w związku z zaostrzonym konfliktem. Grupa ta, w której skład wchodzi między innymi minister spraw wewnętrznych, zajmie się dokładnym zbadaniem aktualnej sytuacji i podejmie się zadania ulepszenia polityki wobec Indian Mapuche zamieszkujących Chile.


czwartek, 3 stycznia 2008

Gdzie oni są?




Trafiłam na tę wystawę całkiem przez przypadek. Przed wejściem zostałam zaopatrzona w latarkę i broszurę zawierającą listę osób wymienionych z imienia i nazwiska. Nie zawracałam sobie głowy broszurą i weszłam do środka. W Santiago upały, słońce grzeje niemiłosiernie, a tu znienacka znalazłam się w zupełnie ciemnym pomieszczeniu, w którym nie było nikogo i nie mogłam zobaczyć zupełnie nic. Musiałam zdać się na marne światełko latarki, którą wręczono mi przed wejściem. Oświetlałam swoją drogę i nadal nie wiedziałam o co w ogóle w tym wszystkim chodzi, gdy nagle spostrzegłam, że piętro niżej znajduje się coś na kształt basenu wypełnionego nie wodą, lecz jakimś niezrozumiałym tekstem.
Po pewnym czasie, kiedy oczy już przyzwyczaiły się do ciemności, zrozumiałam, że chodzi tu o rodzaj pewnej zabawy, łamigłówki, która polga na znalezieniu ukrytych wyrazów w masie pomieszanych liter. I wtedy dotarło do mnie, że w całej tej łamigłówce ukryte są nie zykłe wyrazy, lecz nazwiska osób. Desaparecidos – pomyślałam od razu, ale dla upewnienia zajrzałam do broszury, którą dostałam wraz z latarką, i okazało się, że w tej zupie liter ukryte są nazwiska nie osób zaginionych lub zamordowanych podczas dyktatury Pinocheta, lecz osób, które były odpowiedzialne za śmierć ponad dwóch tysięcy opozycjonistów, zaginięcie około dwóch tysięcy i poddanie torturom ok. dwudziestu ośmiu tysięcy ludzi. Można więc odnaleźć tam nazwiska funkcjonariuszy Servicios Secretos, kolaborantów, policjantów oraz wszystkich tych, którzy pogwałcili prawa człowieka.

Tylko przeciwko niektórym z nich zostały wytoczone procesy sądowe, reszta żyje sobie spokojnie do dziś (korzystając z bardzo wysokich emerytur, które płaci im rząd) nie ponosząc odpowiedzialności za to, czego się dopuścili w latach 1973 – 1990.




Rodziny i przyjaciele osób, które zaginęły lub zostały zamordowane podczas dyktatury, dopominają się, by osoby odpowiedzialne za pogwałcenie praw człowieka zostały postawione przed trybunałem i surowo ukarane. Niestety, ich wezwania są jak rzucanie grochem o ścianę. Poszkodowanym Chilijczykom pozostaje więc tylko jedno pytanie: “Gdzie podziały się osoby, które dopuściły się tylu zbrodni na ludzkości? Gdzie oni są? ¿Dónde están?”



Autorem wystawy pod takim właśnie tytułem “¿Dónde están?” jest urodzony w 1972 roku Iván Navarro, jeden z nielicznych chilijskich artystów młodego pokolenia docenionych również w Stanach Zjednoczonych (gdzie mieszka od dziesięciu lat). Jego instalacje często bywają nazywane przez krytykę “rzeźbami społecznymi”, w których światło “rzeźbi” i odkrywa ukryte metafory. Słabym światłem latarki wyłuskuje się powoli kolejne nazwiska przestępców, co może mieć wiele symbolicznych znaczeń.

Po pierwsze trzeba ich szukać wytrwale i nie dać się zwieść, że pozornie są oni prawie niewidoczni. Żyją do dzisiaj, spacerują po ulicach Santiago, czytają gazetę w parku, stoją za nami w kolejce po zakupy. Rzadko kiedy jednak można ich łatwo zidentyfikować, trzeba się troszkę wysilić, poszukać, tak jak nazwisk ukrytych pośród pomieszanych liter.

Po drugie ta marna żaróweczka, która ledwo co oświetla literową łamigłówkę, jest pewnego rodzaju światłem nadziei dla tych, którzy stracili swych bliskich podczas lat reżimu, a teraz powoli tracą nadzieję na Sprawiedliwość.


Fragment broszury, która zawiera nazwiska 332 kryminalistów.
Dokładne dane można
znaleźć również na stronie
http://www.memoriaviva.com/

Po trzecie, światło to mogłoby też symbolizować, że nie chce się zapomnieć o pewnych zajściach, że nie pozostawi się tej sprawy w ciemnych i pokrytych kurzem archiwach: wręcz przeciwnie, należałoby je odświeżyć, oświetlić, wyjawić wszelkie brudy historii. I ku temu służy również “broszura” (tak swobodnie przez mnie określona), która na trzydziestu stronach formatu A4 zawiera listę ponad trzystu kryminalistów z jasno przedstawionymi zarzutami, którzy do dziś pozostają jednak na wolności.


Rozwiązanie łamigłowki

sobota, 29 grudnia 2007

Murales w Valparaiso




Pierwsze malowidła ścienne o charakterze propagandowo – politycznym w Chile powstały na początku lat sześdziesiątych w portowym mieście niedaleko Santiago – Valparaiso. Wkrótce potem fala politycznych graffiti objęła wszystkie większe chilijskie miasta, a przed 1970 (kiedy Allende wygrał wybory prezydenckie) fenomen ten został dostrzeżony jako fenomen polityczno – kulturalny na skalę światową.

W wyborach z 1964 roku rywalem Salvadora Allende w wyborach prezydenckich był Eduardo Frei, który w swojej kampanii wyborczej mógł liczyć na wsparcie głównych mediów: radia, telewizji i prasy oraz rzeszy psychologów, socjologów, specy od reklamy i marketingu.

Kampania Salvadora Allende okazała się nieco uboższa w środki finansowe, ale za to bardziej oryginalna. Grupa młodych ludzi popierająca socjalistycznego kandydata postanowiła wypisać hasła wyborcze bezpośrednio na murach Valparaiso, używając farb do malowania statków, które udało jej się zdobyć w porcie. Niestety efekt nie był pomyśly na tyle, na ile oczekiwali tego jego pomysłodawcy: propagandowe napisy zniszczyły wiele zabytków, a ludzie zaangażowani w ten projekt zostali nazwani wandalami.

I na tym mogłoby się skończyć, gdyby nie pomysł pewnego studenta architektury, Osvaldo Strangera, na przedstawienie haseł politycznych w sposób bardziej wysublimowany i artystyczny. I tak właśnie powstał pierwszy “mural”, namalowany w ciągu jednej czerwcowej nocy 1963 roku, przy avenida España w Valparaiso.

Idea malowania na murach szybko przeniosła się także do Santiago: każdego ranka można było przeczytać lub obejrzeć coś nowego, efekt nocnej propagandy politycznej. Na przykład na deklarację Freia: „50 000 zapomóg finansowych dla biednych dzieci” szybko odpowiedzieli ludzie Allende umieszczając obok napis: „Za rządów Allende nie będzie biednych dzieci” itd. Każdej nocy malowidła rozrastały się coraz bardziej. I na takich zasadach funkcjonowały kampanie wyborcze.

Do dzisiaj Valparaiso jest stolicą murales: na każdym ze wzgórz, na którym jest położone to miasto, ściany domów pomalowane są w fantazyjny sposób, choć te współczesne malowidła niekoniecznie mają polityczny wydźwięk. Są bardziej wyrazem anarchistycznej duszy jego mieszkańców i atmosfery panującej w tym mieście.






piątek, 2 listopada 2007

Zabawa w chowanego


Miguel Littin
foto: portal Memoria Chilena

Jeśli komuś nazwisko Marquez kojarzy się tylko z realizmem magicznym, będzie głęboko zdziwiony, ponieważ jest pewne dzieło w jego dorobku, w którym nie można się doszukać ani odrobiny magii. Jest w nim za to dużo realizmu. Zresztą znając dziennikarskie zacięcie Marqueza publikacja książki „Na fałszywych papierach w Chile (La aventura de Miguel Littín clandestino en Chile, 1986) wydaje się czymś najzupełniej normalnym.

Książka – reportaż, napisana na podstawie wywiadu, który kolumbijski pisarz przeprowadził z chilijskim reżyserem Miguelem Littínem. Wywiad – rzeka, który został utrwalony na taśmie magnetofonowej (18 godzin nagranych rozmów!), a następnie spisany przez Marqueza, zachowujący jednak styl wypowiedzi reżysera, z wieloma wtrąceniami typowych słów chilijskich (el momio, el huevón). O Littínie wspomniałam już tutaj, ale warto napisać coś więcej.




Na początku 1985 r., dwanaście lat po zamachu stanu i po opuszczeniu kraju, Miguel Littín zdecydował się na nielegalny powrót do Chile w celu nakręcenia filmu dokumentalnego. Jak łatwo można się domyślić, celem Littína było sfilmowanie ówczesnej sytuacji politycznej w kraju oraz możliwość pokazania jej publiczności międzynarodowej. Jednak nie było to sprawą łatwą, ponieważ chilijski reżyser znalazł się na liście osób, które nie miały pozwolenia na powrót do kraju. Będąc na uchodźstwie w Hiszpanii, Littín nawiązał kontakt z osobami z różnych państw (Włochy, Francja, Holandia), które były zainteresowane realizacją tego ryzykownego projektu. Stworzono więc siatkę współpracujących ze sobą osób. W ten sposób na terenie Chile w tym samym czasie miały przebywać ekipy z trzech krajów: ekipa filmowców francuskich, którzy rzekomo mieli kręcić program dokumentalny o ekologii, ekipa włoska, która miała się zająć sprawą imigracji włoskiej, a także trzecia ekipa, która z kolei zobowiązała się nakręcić reportaż o ostatnich trzęsieniach ziemi (był to jedynie pretekst). Wszystkie te grupy musiały udawać, że nie wiedzą o istnieniu pozostałych, lecz w rzeczywistości wszyscy mieli jedno podstawowe zadanie: niby przez przypadek pytać ludzi o to, jak im się żyje, co myślą o nieżyjącym już prezydencie Allende, jak oceniają sytuację polityczną itp. Koordynatorem całej akcji był oczywiście sam Littín, który w tych specyficznych okolicznościach musiał przybrać zupełnie nową tożsamość: na lotnisko w Santiago doleciał w roli urugwajskiego bogacza, wylegitymował się urugwajskim paszportem (przygotowanym jeszcze w Europie) i zatrzymał się oczywiście w najdroższym hotelu w mieście (jak na bogacza przystało). Wszystko dla niepoznaki. W międzyczasie przechadzał się ulicami Santiago, rozmawiał z przypadkowymi ludźmi, wypytywał niby od niechcenia, czy żyje im się lepiej niż za czasów rządów Allende. Biorąc pod uwagę, że rozmowy na temat polityki z kimś nieznajomym były raczej dla każdego podejrzane i niebezpieczne, mało kto decydował się krytykować na głos aktualną sytuację w kraju. Wszystkie rozmowy, które udało mu się przeprowadzić, oczywiście nagrywał na dyktafon, by potem wykorzystać je przy montowaniu filmu.

Miguel Littin
foto: portal Memoria Chilena

A film z tej sześciotygodniowej wyprawy okazał się niezwykle długi: wersja telewizyjna „Acta general de Chile” (1986) trwa cztery godziny, a kinowa – dwie. W filmie tym Chile zostało ukazane w mało pozytywnym świetle i trudno się temu dziwić znając postawę reżysera (w 1971 r. został mianowany przez Salvadora Allende na dyrektora głównej instytucji filmowej Chile Films). Kraj został przedstawiony jako miejsce, w którym panuje atmosfera strachu i terroru, ludzie rozmawiają ze sobą przyciszonym głosem i milkną, gdy tylko ktoś się do nich zbliży. Wieczorem na ulicach miasta wszyscy się spieszą, by zdążyć do domów przed wybiciem godziny policyjnej. Ludzie wydają się zastraszeni i szarzy, mimo że okres najostrzejszych represji już minął.

Co ciekawe, zaraz po wylądowaniu w Santiago, podczas jazdy taksówką z lotniska do centrum miasta, Littín w przebraniu Urugwajczyka doznał szoku. Został niemiło zaskoczony tym, że wbrew temu, jak opisują Santiago uchodźcy, miasto zmieniło się nie do poznania. Wydało mu się bardzo nowoczesne, odmienione, czyste. Nowe autostrady z lotniska były oświetlone jak na Zachodzie i nie raził w oczy widok biednych dzielnic miasta. To bardzo pozytywna zmiana, która musiała być dziełem Pinocheta. Od razu Littín się obruszył, bo nie takie Santiago chciał widzieć i pokazać w swoim filmie. Jego zamiarem przecież było ukazanie stolicy i całego kraju w stanie rozkładu, nieładu, do jakiego miały doprowadzić rządy generała.

Littín stworzył ten film, jakby każdym obrazem i każdym ujęciem chciał potwierdzić tezę, że „cud” dokonany przez Pinocheta sprawił, iż niewielu bogaczy stało się o wiele bogatszych, natomiast ogrom biedaków zbiedniał jeszcze bardziej. Takie mogłoby być hasło przewodnie, według którego reżyser komponował swój film, swoją wizję Chile pielęgnowaną podczas dwunastu lat spędzonych na uchodźstwie. Nie można mówić z pewnością o tym filmie jako o dokumencie obiektywnym (rzecz jasna). Jest maj, jesień w Santiago, wszystko wydaje się smutne, nijakie i obce. I tak właśnie chciał widzieć i przedstawić Chile obcokrajowcom.

Efekt jest wyrazisty: krytyka rządów Pinocheta, który spotęgował przepaść między bogatymi a biednymi, który nie był dla proletariuszy tak dobry i wyrozumiały jak jego poprzednik.

Film, moim zdaniem, zbyt mało obiektywny, zbyt propagandowy, zbyt nastawiony na poklask publiczności europejskiej.

Coś dla wytrwałych: warto poświęcić 10 minut na obejrzenie fragmentu tego filmu, chociażby ze względu na piękną muzykę (Ángel Parra) oraz widoki Santiago i Valparaiso. Nawet bez znajomości hiszpańskiego jest do przełknięcia.



Jeśli komuś udało się wytrwać te dziesięć minut i chce więcej, polecam stronę, na której można obejrzeć więcej kluczowych fragmentów filmu: kliknij tutaj.

PS. Warto zwrócić uwagę na to, jaki kraj jest współproducentem filmu. ...Kuba. No i wszystko jasne.



sobota, 27 października 2007

Rodzina Pinocheta na wolności





W październiku 2007 r. wdowa po Auguście Pinochecie, Lucía Hiriart, wraz z pięciorgiem swoich dzieci (Marco Antonio, Augusto, Lucía, Jaqueline i Verónica) została oskarżona o wielomilionowe oszustwa finansowe. Podczas 17 lat panowania Pinochet wraz ze swoją rodziną wywiózł na co najmniej 100 różnych zagranicznych kont ok. 30 milinów dolarów. Z sumy tej niewiadomego pochodzenia jest aż 20 milionów dolarów, niektórzy twierdzą, że pochodzą one m.in. z nielegalnego handlu bronią. Sędzia śledczy Carlos Cerda zaaresztował ich 4 października. Oprócz wdowy i pięciorga dzieci z kradzieżą mienia państwowego są powiązani również prawnicy i doradcy finansowi, jeden ex dyplomata, sekretarka oraz emerytowani generałowie. W sumie 23 osoby. W dniu, w którym wdowa po Pinochecie dowiedziała się o wynikach śledztwa, odwieziono ją do Szpitala Wojskowego, ponieważ zasłabła, natomiast dzieci poszły do więzienia.

Po przeczytaniu informacji na ten temat w serwisie BBC, zadzwoniłam do Daniela z Santiago, żeby dowiedzieć się, co się na ten temat mówi w stolicy. I zdziwiłam się reakcją Daniela, który ze spokojem w głosie powiedział mi: „Zobaczysz, że najwyżej za dwa tygodnie będą na wolności. Ten, kto ma kasę nigdy nie siedzi w więzieniu. Takie jest Chile”. Ja upierałam się, że jednak sprawiedliwość zwycięży podpierając się wypowiedzią Michelle Bachelet, która twierdziła: Nikt nie stoi ponad prawem”.

A jednak Daniel miał rację. Nie musiało minąć wiele czasu. Dziś czytam w serwisie BBC taką wiadomość: W piątek, 26 października, zamknięto proces przeciwko wdowie i dzieciom Pinocheta. Zostało uwolnionych 15 z 23 osób oskarżonych w śledztwie. Sędziowie orzekli, że nie mogą oskarżyć osób, które nie były funkcjonariuszami państwowymi i w związku z tym nie miały do czynienia z defraudacją pieniędzy państwowych. Z takiego obrotu sprawy ucieszyła się na pewno najstarsza z córek Pinocheta, Lucía Pinochet Hiriart, która oświadczyła w chilijskiej telewizji: „Czuję, że przeważyła sprawiedliwość, ponieważ to, czego się dopuścił sędzia Cerda było czymś rzadkim i niestosownym. Nigdy nie pracowałam dla rządu i nie mają prawa sądzić mnie jako funkcjonariusz państwowego”.

Dziś pewnie usłyszę w słuchawce: „A nie mówiłem...?”