Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 kwietnia 2008

Kubizm na cenzurowanym



Paląc zakazane książki



Pamiętacie jak rok temu w Polsce chcieli powstrzymać emisję Teletubisiów w telewizji, ponieważ dopatrzono się w treści tej bajki podtekstów homoseksualnych?

Coś w podobnym stylu miało miejsce ponad trzydzieści lat temu w Chile, kiedy podczas akcji palenia książek zakazanych przez doradców Pinocheta, żołnierze spalili również albumy poświęcone sztuce kubistycznej. Dlaczego? Ponieważ myślano, że kubizm to rewolucyjna ideologia kraju Fidela Castro…

Śmieszna jest czasem historia…


Niebezpieczeństwo nadchodzi!
(w Polsce i w Chile)


niedziela, 6 kwietnia 2008

Biskup pozwoli na wyjazd do Chile



Portret Inés de Suarez
autor: José Mercedes Ortega Pereira



Wyobraźcie sobie, że o Waszym wyjeździe do Chile miałyby decydować nie wolny czas ani fundusze, tylko autoryzacja biskupa... Koszmar, a jednak tak było.
Mniej więcej pięćset lat temu, w czasach podboju Nowego Świata.


Historia konkwisty Ameryki Południowej jest napisana językiem mężczyzn. Bohaterami są dzielni hiszpańscy żołnierze, którzy bez cienia strachu, krok po kroku, zdobywają kolejne, co raz to bardziej rozległe tereny Nowego Świata. Ani słowa o kobietach, oczywiście z wyjątkiem opisów pięknych i dzikich Indianek, które wpadają w szpony konkwistadorów jak śliwki w kompot. Konkwista, walki, marzenia o El Dorado, zbroje, konie, napady, gwałty i krew - w taki scenariusz w ogóle nie wpisują się kobiety, które czekają cierpliwie w swych domach na wojujących i niewiernych mężow, haftując i mieszając w garnkach.

Ale jest jedna kobieta, która zaistniała w tym męskim świecie, założyła spodnie, dosiadła konia i ruszyła na podbój Chile. I choć podobno historycy tamtych czasów nie poświęcili jej wiele uwagi, wspominając o niej w dwóch czy trzech linijkach swoich kronik, to jednak ostatnio Inés de Suarez wyszła z cienia i z postaci marginalnej stała się postacią z okładki. A to za sprawą przedostatniej książki Isabel Allende “Inés del alma mía”.

Jej mąż opuścił spokojną wioskę na zachodzie Hiszpanii w poszukiwaniu złota, wyruszył do Panamy, po czym słuch o nim zaginął. Inés wkrótce znudziła się czekaniem i również wyruszyła w podróż, lecz nie w poszukiwaniu złota, lecz zaginionego męża. Nie znalazła go ani w Panamie ani w Wenezueli, a po paru miesiącach znalazła się w Cuzco. Tam dowiedziała się, że jej mąż zginął w bitwie, a wkrótce potem poznała bardzo abmitnego wojownika, jej przyszłego kochanka i założyciela Santiago, Pedro de Valdivię.

Aby móc wyjechać wraz z Pedrem na podbój Chile, Inés musiała uzyskać pozwolenie na piśmie od Francisca Pizarra oraz od biskupa. Prosząc o pozwolenia na wyjazd musiała zadeklarować, że jest wdową po hiszpańskim żołnierzu oraz ma zdolności wykrywania wody płynącej pod ziemią, co było bardzo istotne w perspektywie konieczności pokonania najbardziej suchej pustyni na świecie – Pustyni Atacama. Pizarro i biskup łaskawie wyrazili zgodę: Inés wyruszyła z Pedrem w kierunku dzikich i prawie nieznannych ziem dzisiejszego Chile. W 1541 roku dotarli do doliny Mapocho i tam założyli Santiago de Nueva Extramadura.

O tym głównie opowiada Allende w swojej książce.


Pedro de Valdivia, kochanek Inés de Suarez i założyciel Santiago


Nie mogę się doczekać, kiedy zostanie ona przetłumaczona na polski... Bardzo chciałabym zobaczyć kampanię reklamową “Inés del alma mía” w naszym kraju. Jeśli polscy wydawcy nie zdecydują się na zmianę okładki, może na naszych ulicach zawisną takie ocenzurowane plakaty, jak miało to miejsce w przypadku promocji książki Paolo Coelho “Czarownice z Portobello”.


Od lewej: oryginalna okładka książki
oraz jej reklama na przystanku tramwajowym we Wrocławiu.

Kiedy przetłumaczą Allende na język polski…


Taka jest chyba specyfika naszego kraju. Pruderyjność i lęk przed poruszaniem niewygodnych dla zwolenników Radia Maryja tematów. I taką mamy już opinię, nie tylko w Europie, ale nawet w Chile, w którym może raz na rok pojawi się w gazecie jakaś pospiesznie napisana notka o Polsce, która nie przyciągnie uwagi większości czytelników. No, pod warunkiem, że nie będzie to notka o zakazie rozmów na temat homoseksualizmu w polskich szkołach i na polskich uniwersytetach.

Tak się akurat składa, że niedawno natknęłam się na pewien artykuł, który pojawił się w marcu zeszłego roku w chilijskiej prasie. Polska jawi się w tym artykule jako kraj, w którym pali się na stosie czarownice i książki zakazane przez inkwizycję. W takiej atmosferze mogę się tylko cieszyć, że przed wyjazdem do Chile nie musiałam prosić o pozwolenie biskupa.



"La Tercera" z 21 marca 2007
Kliknij, żeby powiększyć i przeczytać, co o nas piszą…


środa, 19 marca 2008

Habla Moscú, Escucha Chile





Teraz sprzedam ci ją za trzy tysiące pesos, ale sama zobaczysz, że jak za parę dni biedak umrze, to i ceny jego książek od razu pójdą w górę.” Tak przekonywał mnie sprzedawca na pchlim targu, kiedy zauważył, że spod sterty używanych książek wyciągnęłam “Noches de radio” (“Radiowe noce”) Volodii Teitelboim.

Rzeczywiście, przez ostatni tydzień stycznia nawet prawicowy dziennik “El Mercurio” nie przestawał publikować na pierwszych stronach artykułów o wciąż pogarszającym się stanie zdrowia tego pierwszoligowego chilijskiego marksisty.

Pamiętam również zdjęcie przedstawiające zabawnego staruszka, oprawione w elegancką ramę i wiszące na korytarzu wydawnictwa LOM Ediciones w Santiago, które publikowało jego książki. Tak, zdjęcie Teitelboima wisiało razem z innymi fotografiami współczesnych pisarzy chilijskich współpracujących z wydawnictwem: José Miguel Varas, Francisco Coloane i innych. Teraz dopiero to sobie przypominam.

Drugi tom udało mi się zdobyć nie wydając ani jednego peso: przechodziłam niedaleko wydawnictwa (przystanek metra La República, przy ulicy Concha y Toro) i weszłam na chwilę, żeby przywitać się z ludźmi, z którymi pracowałam w zeszłym roku. No i na pożegnanie Jorge wcisnął mi do plecaka drugi tom “Noches de radio”, bo akurat na składzie było tego dużo, a do tego jeden egzemplarz lekko przybrudzony, więc nie mógł już iść na sprzedaż.

W ten oto sposób jestem w posiadaniu dwóch bardzo ciekawych książek świętej pamięci Teitelboima, który, jak przepowiedział sprzedawca na pchlim targu, umarł w ostatni dzień stycznia.


Noches de radio” to zapis nocnych audycji,
które Teitelboim wysyłał w eter w latach 1973 – 1988.


We wrześniu 1973 Teitelboim przebywał we Włoszech i mimo swych zadeklarowanych szczerych chęci nie mógł wrócić do Chile. Wyjechał do Moskwy i rozpocząl swoją radiową misję: na początku codziennie, potem dwa razy w tygodniu, o drugiej nad ranem radzieckiego czasu (co odpowiadało mniej więcej godzinie dziewiątej wieczorem w Chile) nadawał swoje audycje. Z początku nie wiedział nawet, czy ktokolwiek go słucha. Z czasem zaczął otrzymywać komunikaty, że owszem, ludzie słuchając jego programu “¡Escucha Chile!” (“Słuchaj Chile!”) ryzykują wiele, lecz mimo wszystko wieczorami zbierają się wokół odbiorników radiowych i nastrajają fale na Radio Moskwa.

A on organizował pomoc z zewnątrz, szukał poparcia wśród europejskich polityków, siał propagandę anty-pinochetowską, wyliczał zaginionych i zamordowanych opozycjonistów w Chile, obnażał cały brud i bestialstwo, które rozpętało się w jego kraju po wrześniowym przewrocie.

Był emisariuszem pokrzywdzonych, jako jeden z niewielu mógł głośno krytykować i wytykać błędy; nikt z ludzi mieszkających w Chile nie miał tyle swobody i nikt nie mógł na głos się skarżyć. Teitelboim przed nieruchomym mikrofonem w rozgłośni Radia Moskwa mógł sobie na to wszystko pozwolić, nikt mu nie zagrażał, nikt nie kierował w jego stronę naładowanego karabinu.


Zdjęcie z portalu Memoria chilena


Pod koniec lat siedemdziesiątych zaczął również wydawać pismo “Araucaria de Chile”, publikowane w Paryżu i w Madrycie. Pismo to stało się miejscem debat intelektualistów i artystów latynoamerykańskich, którzy w tamtym czasie żyli na uchodźctwie (wśród nich byli Chilijczycy – José Miguel Varas, Francisco Coloane, Antonio Skármeta, Argentyńczycy – Julio Cortázar i Ernesto Sábato, Urugwajczycy – Eduardo Galeano, Mario Benedetti i Kolumijczyk Gabriel García Márquez).


Zdjęcie z portalu Memoria chilena


W ten sposób był obecny, co prawda nie ciałem, tylko duchem, lecz można sobie wyobrazić, że taka obecność Teitelboima i jego głosu w odbiornikach radiowych mogła dodawać otuchy. Tak jak kiedyś w Polsce z drżeniem serca słuchano informacji nadawanych przez Radio Wolna Europa.




A tu dziesięciominutowy film nagrany w 2004 roku. Ludzie mieszkający w Chile nie mieli dostępu do rzetelnych informacji, dlatego z niecierpliwością oczekiwali na program Teitelboima.
To własnie on, na niecenzurowanym, podawał dane dotyczące zaginionych i zamordowanych. Łatwo sobie wyobrazić, że chilijskie media w czasie dyktatury nie miały tyle swobody, co mieszkający w Moskwie Volodia. O tym właśnie jest ten krótki film.



Volodia Teitelboim wczoraj obchodziłby swoje 92. urodziny. Urodził się w Chillán, na południe od Santiago. Jego rodzice (ojciec pochodził z Ukrainy, matka z Mołdawii) nazwali go co prawda Valentín, ale on postanowił nazywać się Volodia – na cześć Lenina. Był członkiem Chilijskiej Partii Komunistycznej, senatorem, deputowanym, adwokatem, pisarzem, kryrtykiem literackim, wreszcie – spikerem radiowym.

Na język polski została przetłumaczona jego książka “La Semilla en la Arena. Pisagua” z 1957 roku.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Gdzie torturowano panią prezydent

Zdjęcia więźniów Villi Grimaldi



Kiedy szukam w Google informacji na temat Villi Grimaldi na liście znalezionych ukazują się dane, których nie spodziewałam się odnaleźć. Otóż Villa Grimaldi jawi się jako czterogwiazdkowy hotel z basenem na Lazurowym Wybrzeżu lub jako rezydencja wybudowana przez królewską rodzinę Monako. Nie tego jednak szukałam.

Zawiedziona informacjami zaproponowanymi przez wyszukiwarkę postanowiłam udać się do Villi Grimaldi osobiście. Lecz nie na samo Lazurowe Wybrzeże, tylko na ulicę José Arrieta w Santiago. Owszem, nawet tutaj jest basen: w tym jednak nie kąpią się turyści. Basen w Villa Grimaldi w Santiago służył w latach siedemdziesiątych do torturowania przetrzymywanych tu więźniów.


Mur, na którym wypisane są nazwiska osób zaginionych lub zamordowanych

Wśród więźniów politycznych, którzy trafili do tego miejsca tortur, znalazła się również matka obecnej pani prezydent, jak również sama Michelle Bachelet (ojciec Michelle, popierający prezydenta Allende, zmarł wskutek tortur w więzieniu w 1974 roku). Liczbę osób, które zostały zamordowane w Villa Grimaldi przez funkcjonariuszy DINA (Dirección de Inteligencia Nacional) szacuje się na 226, a więźniów, którym (tak jak Bachelet) udało się przeżyć – było ponad cztery tysiące. Villa Grimaldi była miejscem idealnym do uczynienia z niej miejsca przesłuchań i tortur: oddalona od centrum, w dzielnicy zamieszkałej przez niewiele osób, otoczona wysokim murem… Ciężarówki pełne młodych aktywistów sprzyjających prezydentowi Allende wjeżdżały przez bramę, której zamknięcie pozbawiało więźniów wszelkiej nadziei na opuszczenie katowni. Metody tortur były następujące:

- wieszanie więźniów do góry nogami na gałęziach drzewa

- umieszczanie więźniów w celach o rozmiarach 1m×1m (3 cm dziurka miała zapewniać dostęp do świeżego powietrza)

- parilla (czyli tzw. grill) – przywiązywanie nagich więźniów do łóżek elektrycznych

- przetrzymywanie więźniów przez czas nieokreślony w bardzo ciasnych pomieszczeniach w wieży, z zalepionymi oczami i bez jedzenia, wśród własnych ekskrementów

- przejeżdżanie po nogach więźniów samochodami

O torturach, jakie stosowano na więźniarkach trudno mi pisać, bo niektóre słowa aż trudno wklepać w klawiaturę (tak jak z trudem przechodzą przez gardło).


Cela dla więźniarek


Może taki cytat odda atmosferę tego miejsca:

"Dzień rozpoczyna się śniadaniem, które zawiera połówkę chleba oraz gotującą się herbatę w metalowym kubku. Popołudniowy posiłek składa się z zupy z skórkami z ziemniaków i kawałków marchewki. Czasami podaje się pozostałości jedzenia agentów, wymieszane pestki oliwek, kawałki ryb i ości. Jest to prawie niemożliwe do przełknięcia. Krzyki i jęczenia i tak odbierają apetyt. Jednak jesteśmy zmuszani do tego. Podczas gdy oni nie przestają wołać ludzi na „parilla” (metoda tortur polegająca na przypiekaniu ludzi), niekończące się przesłuchiwania... Jest to świat kontrastu. Strażnicy grają na gitarze przy akompaniamencie jęków, podczas gdy za rogiem, leżący na podłodze, Manuel Diaz, zwany "El Tano" umiera powoli…" (cytat z “La Guerra Oculta: Detenidos-Desaparecidos”, autorzy: Carmen Ortuzar i Marcela Otero, Revista Hoy. Za: Wikipedia).

Dzisiaj nie pozostało wiele z Villa Grimaldi. Budynki, w których przetrzymywano więźniów zostały zniszczone, obecnie można zobaczyć tylko fundamenty, ale i tak dzięki nim można dowiedzieć się jakich rozmiarów były cele. W 1997 roku utworzono na zgliszczach Villi Park Pokoju w celu uczczenia wszystkich tych, którzy znaleźli się tu wbrew swojej woli w latach 1973 – 1978. Można tu teraz zobaczyć fotografie osób zamordowanych lub zaginionych, mur, na którym wypisane są nazwiska tych osób oraz placyk pełen róż symbolizujących wszystkie torturowane tu kobiety (a wśród nich Michelle Bachelet).


placyk pełen róż symbolizujących wszystkie torturowane tu kobiety


Ojciec Michelle Bachelet był generałem lotnictwa, który w 1973 po zamachu stanu Pinocheta został osadzony w więzieniu pod zarzutem zdrady kraju. Zmarł w wyniku tortur w marcu 1974. W Villi Grimaldi znalazła się również jej matka i sama Bachelet. Wypuszczone w 1975, zdecydowały się wyjechać do Australii.

Na zdjęciu od lewej: Halina, Ewa Wójciak, ja i Michelle Bachelet

(zdj. Jacek Kobra)

(Dziękuję aktorom Teatru Ósmego Dnia!)

czwartek, 3 stycznia 2008

Gdzie oni są?




Trafiłam na tę wystawę całkiem przez przypadek. Przed wejściem zostałam zaopatrzona w latarkę i broszurę zawierającą listę osób wymienionych z imienia i nazwiska. Nie zawracałam sobie głowy broszurą i weszłam do środka. W Santiago upały, słońce grzeje niemiłosiernie, a tu znienacka znalazłam się w zupełnie ciemnym pomieszczeniu, w którym nie było nikogo i nie mogłam zobaczyć zupełnie nic. Musiałam zdać się na marne światełko latarki, którą wręczono mi przed wejściem. Oświetlałam swoją drogę i nadal nie wiedziałam o co w ogóle w tym wszystkim chodzi, gdy nagle spostrzegłam, że piętro niżej znajduje się coś na kształt basenu wypełnionego nie wodą, lecz jakimś niezrozumiałym tekstem.
Po pewnym czasie, kiedy oczy już przyzwyczaiły się do ciemności, zrozumiałam, że chodzi tu o rodzaj pewnej zabawy, łamigłówki, która polga na znalezieniu ukrytych wyrazów w masie pomieszanych liter. I wtedy dotarło do mnie, że w całej tej łamigłówce ukryte są nie zykłe wyrazy, lecz nazwiska osób. Desaparecidos – pomyślałam od razu, ale dla upewnienia zajrzałam do broszury, którą dostałam wraz z latarką, i okazało się, że w tej zupie liter ukryte są nazwiska nie osób zaginionych lub zamordowanych podczas dyktatury Pinocheta, lecz osób, które były odpowiedzialne za śmierć ponad dwóch tysięcy opozycjonistów, zaginięcie około dwóch tysięcy i poddanie torturom ok. dwudziestu ośmiu tysięcy ludzi. Można więc odnaleźć tam nazwiska funkcjonariuszy Servicios Secretos, kolaborantów, policjantów oraz wszystkich tych, którzy pogwałcili prawa człowieka.

Tylko przeciwko niektórym z nich zostały wytoczone procesy sądowe, reszta żyje sobie spokojnie do dziś (korzystając z bardzo wysokich emerytur, które płaci im rząd) nie ponosząc odpowiedzialności za to, czego się dopuścili w latach 1973 – 1990.




Rodziny i przyjaciele osób, które zaginęły lub zostały zamordowane podczas dyktatury, dopominają się, by osoby odpowiedzialne za pogwałcenie praw człowieka zostały postawione przed trybunałem i surowo ukarane. Niestety, ich wezwania są jak rzucanie grochem o ścianę. Poszkodowanym Chilijczykom pozostaje więc tylko jedno pytanie: “Gdzie podziały się osoby, które dopuściły się tylu zbrodni na ludzkości? Gdzie oni są? ¿Dónde están?”



Autorem wystawy pod takim właśnie tytułem “¿Dónde están?” jest urodzony w 1972 roku Iván Navarro, jeden z nielicznych chilijskich artystów młodego pokolenia docenionych również w Stanach Zjednoczonych (gdzie mieszka od dziesięciu lat). Jego instalacje często bywają nazywane przez krytykę “rzeźbami społecznymi”, w których światło “rzeźbi” i odkrywa ukryte metafory. Słabym światłem latarki wyłuskuje się powoli kolejne nazwiska przestępców, co może mieć wiele symbolicznych znaczeń.

Po pierwsze trzeba ich szukać wytrwale i nie dać się zwieść, że pozornie są oni prawie niewidoczni. Żyją do dzisiaj, spacerują po ulicach Santiago, czytają gazetę w parku, stoją za nami w kolejce po zakupy. Rzadko kiedy jednak można ich łatwo zidentyfikować, trzeba się troszkę wysilić, poszukać, tak jak nazwisk ukrytych pośród pomieszanych liter.

Po drugie ta marna żaróweczka, która ledwo co oświetla literową łamigłówkę, jest pewnego rodzaju światłem nadziei dla tych, którzy stracili swych bliskich podczas lat reżimu, a teraz powoli tracą nadzieję na Sprawiedliwość.


Fragment broszury, która zawiera nazwiska 332 kryminalistów.
Dokładne dane można
znaleźć również na stronie
http://www.memoriaviva.com/

Po trzecie, światło to mogłoby też symbolizować, że nie chce się zapomnieć o pewnych zajściach, że nie pozostawi się tej sprawy w ciemnych i pokrytych kurzem archiwach: wręcz przeciwnie, należałoby je odświeżyć, oświetlić, wyjawić wszelkie brudy historii. I ku temu służy również “broszura” (tak swobodnie przez mnie określona), która na trzydziestu stronach formatu A4 zawiera listę ponad trzystu kryminalistów z jasno przedstawionymi zarzutami, którzy do dziś pozostają jednak na wolności.


Rozwiązanie łamigłowki

niedziela, 11 listopada 2007

Masakra




Już za miesiąc w Chile będzie się głośno obchodzić setną rocznicę masakry, której dokonano na strajkujących robotnikach w kopalni saletry w Iquique, w północnej części kraju. Potrafię sobie wyobrazić tłumy, które wówczas wylegną na ulice Santiago. Najciekawsze jest to, że jeszcze do niedawna wiedziało się stosunkowo mało o skutkach tej masakry. Był to temat tabu, o którym najlepiej było nic nie wiedzieć. Głośniej się zrobiło pod koniec lat sześciedziątych, kiedy została skomponowna najsłynniejsza chyba jak do tej pory kantata w Chile „Cantata Popular de Santa Maria de Iquique”. Muzykę do niej skomponował Luis Advis (wujek Daniela), a zinterpretował słynny chilijski zespół Quilapayún. Nie jest to zwykły utwór muzyczny ani lekka piosenka, jest to po prostu przepełniony ideologicznym krzykiem „hymn” wszystkich uciśnionych robotników. Utwór ten ma takie znaczenie dla Chilijczyków, jakie dla nas mają „Mury” Kaczmarskiego.



Ale jakie są korzenie tej kantaty i całej masakry?


Można mówić o złotej epoce w gospodarce chilijskiej od końca XIX w. do lat dwudziestych XX w. Rozkwitał wówczas przemysł wydobywczy, przede wszystkim na północy kraju, gdzie istniało wiele kopalń saletry, których właściciele (z pochodzenia głównie Anglicy) w krótkim czasie dorabiali się wielkich fortun.

Na dobrze prosperujących interesach właścicieli na pewno nie zyskali robotnicy kopalń, którzy w pierwszej dekadzie XX wieku zaczęli zrzeszać się i tworzyć związki zawodowe. Buntowali się przeciwko zbyt długiemu dniu pracy (10, 12 lub więcej godzin dziennie), wypłacaniu pensji w postaci bonów, za które mogli kupować żywność tylko w przykopalnianych sklepach za zawyżone ceny, przeciwko temu, że nie mieli żadnego ubezpieczenia od wypadków przy pracy. Domagali się również między innymi ustanowienia szkół dla robotników i innych drobnych przywilejów, które dzisiaj dla nas są czymś najzupełniej normalnym.

10 grudnia 1907 roku jako pierwsi zastrajkowali robotnicy z kopalni saletry „San Lorenzo”, ale szybko dołączyły do nich inne związki zawodowe z większości kopalń na północy Chile. Przemysł wydobywczy nagle został sparaliżowany. Do robotników chilijskich dołączli robotnicy z Peru, Boliwii i Argentyny. Tydzień później było już sześć tysięcy strajkujących, którzy wybrali na swą „strajkową” siedzibę szkołę imienia św. Marii. W szybkim tempie liczba strajkujących podwoiła się, aż 21 grudnia, w dniu masakry, było ich prawie czternaście tysięcy. Strajkujący domagali się, aby zagraniczni właściciele kopalń zaczęli pertraktacje z rządem w celu polepszenia ich sytuacji.

strajk w Iquique 1907
foto: portal Memoria Chilena


20 grudnia podczas manifestacji wojsko zabiło sześciu strajkujących i raniło wielu innych. Następnego dnia ich ciała pochowano, ale po pogrzebie strajkujący odmówili opuszczenia miasta, jak im to zostało nakazane przez władze i rozpoczęły się nieefektywne negocjacje z rządem. Strajkujący musieli opuścić szkołę, którą zajęli podczas strajku. W przeciwnym wypadku wojsko miało otworzyć ogień. Robotnicy nie opuścili szkoły, w związku z czym rozpoczęła się prawdziwa masakra, zwana Masakrą w szkole Świętej Marii w Iquique (Matanza de la Escuela Santa María de Iquique). Liczbę zabitych trudno jest ustalić: można trafić na źródła, które mówią o 200, inne z kolei podają, że zabitych zostało aż 3600 osób. Nie licząc oczywiście tysięcy rannych. Najgorsze jednak jest to, że wśród strajkujących były również żony i dzieci strajkujących mężczyzn.

Escuela Santa María de Iquique
foto: portal Memoria Chilena

Ogólnie pierwsza dekada ubiegłego wieku była okresem wzmożonej aktywności związków robotniczych w Chile: masy stawały się powoli świadome swojej roli w społeczeństwie. W 1909 r. powstała Chilijska Federacja Robotnicza FOCH (Federacion Obrera de Chile), a w 1912 – Socjalistyczna Partia Robotnicza (Partido Obrero Socialista). Pierwszymi sukcesami wywalczonymi przez związki narodowe były:

-wolne niedziele

-ulepszenie warunków w miejscu pracy i w pracowniczych pomieszczeniach mieszkalnych

-ubezpieczenia od wypadków przy pracy

Od pamiętnego dnia masakry w Iquique wiele się zmieniło i warunki pracy w niektórych sektorach znacznie się polepszyły. Dla wielu jednak data 21 grudnia 1907 roku pozostaje datą symboliczną i dlatego już czekam na huczne obchody rocznicy masakry. Ciekawa jestem, czy manifestacje na ulicach w Santiago będą tak liczne, jak te sto lat temu. Obiecuję zdać z tego relację.