Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje podróże. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 marca 2008

Kolejna porcja zdjęć


Tym razem z Boliwii, a dokładnie z jej południowo–zachodniej części. Tylko niewielka namiastka tego, co ten kraj ma do zaoferowania.


Visualizzazione ingrandita della mappa

Muzyka: Antonio Carlos Jobim & Elis Regina (“Águas de Março”)

poniedziałek, 10 marca 2008

Wyspa Chiloé i południowe Chile

muzyka: Marisa Monte

środa, 27 lutego 2008

Wspominam północne Chile

muzyka: Marisa Monte

sobota, 23 lutego 2008

Rok temu w Peru


wioska Ollantaytambo w południowym Peru


Na jakiejkolwiek szerokości geograficznej ludzie żyją swoim życiem, swoim rytmem, w swoim klimacie.

wtorek, 19 lutego 2008

Wprawdzie daleko stąd do Rio de Janeiro…




…ale także tutaj, na północy Chile, ludzie świętują na swój sposób karnawał. I z pewnością nie ma on wiele wspólnego z brazylijskim szałem ciał, ale przecież co kraj to obyczaj. Brazylijczykom każdy kraj może pozazdrościć sukcesów w piłce nożnej i hucznego karnawału, a Chile nie jest w tej kwestii wyjątkiem.


Na początku lutego przypadkiem udało mi się być świadkiem przy obchodach karnawału w małej andyjskiej wiosce na płaskowyżu chilijskim. Wioska ta, o bardzo ciekawej nazwie Machuca (tak, dokładnie tak, jak tytuł znanego filmu Andresa Wooda), znajduje się kilkadziesiąt kilometrów na północ od San Pedro de Atacama i obecnie zamieszkała jest zaledwie przez garstkę ludzi. Znaczna część z nich zdecydowała się opuścić wioskę i wyemigrować do miast, gdzie istnieje większe prawdopodobieństwo zatrudnienia. Lecz każdy z mieszkańców wioski w okresie karnawału i innych ważnych świąt wraca do Machuki na wspólne biesiadowanie.

Uprzedzam: nie będzie tu klimatów jak z Cejrowskiego. Nie będzie szamanów, zaklinaczy wężow ani małpich móżdżków na deser. I mimo że karnawał w wiosce Machuca nie był szczytem egzotyki, to jednak mam pewność, że uroczystość ta w wykonaniu mieszkańców Machuki nie była spreparowanym pod publiczkę występem, tylko autentycznym przejawem krzewienia tradycji. A fakt, że życie i obyczaje współczesnych Indian również powoli ulegają wpływom wszechobecnej globalizacji, nie jest żadnym odkryciem Ameryki.



Ludzie ubrani w normalne dresy i bluzy, popijając piwko z puszek (bo tańsze i mniej pracochłonne niż przygotowanie chichy domowej roboty) ustawiają na środku wioski krzyż zdobiony trawą, kwiatami i chlebem. Przed każdym łykiem piwa czy wina, spluwają na ziemię lub podlewają nim krzyż, ku czci Pachamamy (Pachamama lub Matka Ziemia – w kulturze inkaskiej jest boginią ziemi, zapewniającą żyzność pól i płodność). Mieszkańcy Machuki niewinnie i niepostrzeżenie mieszają dwie religie: prekolumbijską i katolicką. Religia, w której czczą Pachamamę, przeplata się swobodnie i uzupełnia z wiarą w Chrystusa narzuconą przez kolonizatorów i misjonarzy hiszpańskich. Skąd bowiem krzyż na środku wioski i jednoczesne śpiewy ku czci inkaskiej boginki?

Najważniejsza osoba we wiosce intonuje pieśni, podczas gdy pozostali wtórują jej “tańcem”. Choć czy można nazwać to tańcem, sami ocenicie.





Według badań Narodowego Instytutu Statystyki (El Istituto Nacional de Estadísticas, INE) przeprowadzonych w 2002 roku zaledwie 4,6% ludności chilijskiej to ludność rdzenna. Cztery spośród nielicznych już grup etnicznych zamieszkujących Chile znajdują się na północy kraju: Indianie Aymara (ok. 48000 osób), Atacameños (ok. 14000), Quechuas (ok. 6000) i Collas (ok. 1700 osób).

Indianie Aymara zamieszkujący chilijskie tereny płaskowyżu (wys. 4000 m n.p.m.) oprócz Pachamamy uznają także duchy gór (los mallkus). Każdy mallkus lub duch, który mieszka we wnętrzu gór ma swoje własne imię. Góry mogą być rodzaju żeńskiego lub męskiego, a większość świąt im zadedykowanych ma miejsce w miesiącu lutym. Uroczystości ku czci Pachamamy natomiast odbywają się w okresie siewu i żniw.


Machuca


sobota, 16 lutego 2008

Ludzie Uyuni (Boliwia)


Uyuni robi dosyć dziwne wrażenie: trochę jak na amerykańskich westernach – opuszczone miasteczko, w którym popołudniami zamiera życie i słychać tylko silne powiewy wiatru przemieszczającego z impetem tumany piachu i kurzu. Kiedy czytam informację, że Uyuni to dziesięciotysięczna miejscowość, aż trudno mi w to uwierzyć: wjeżdżając tu można pomyśleć, że wszyscy pozamykali się w swych chałupach, jakby chcieli zaprzeczyć tym statystykom. A jednak: są tu i drobne biura podróży organizujące wyprawy na największe na świecie solnisko, pozostałość po wyschniętym słonym jeziorze, są restauracje, apteka, a nawet bankomat na głównej ulicy.

Uyuni znajduje się na wysokości ponad 3.500 m n.p.m., co zapewne wpływa na to, jak żyją tu ludzie. A jak mogą żyć ludzie na takiej wysokości, kiedy nie można prowadzić zbyt ożywionej rozmowy, bo od razu dostaje się zadyszki, nie wspominając o bieganiu czy wykonywaniu gwałtownych ruchów. Na takiej wysokości człowiek wolniej myśli i wolniej reaguje. Moja reakcja na tę wysokość była podobna: ospale snułam się po rynku, na którym ospałe kobiety w swoich melonikach sprzedawały ziemniaki i przyprawy. I nawet nie było słychać gwaru na tym rynku, nikt się nie awanturował, nie krzyczał, chyba nawet nie targował...

I tak patrzyłam na główną ulicę tego miasteczka, takiego zaspanego i zapomnianego, gdzie ludzie snują się jakby bez celu, przekonani, że i tak nie dadzą rady ani zbyt silnemu wiatru, ani przenikającemu zimnu, ani tej wysokości, na której każdy zapada w zimowy sen.

A że czasem zjawią się jacyś turyści szukający rozrywki? Wtedy bez pośpiechu otworzy się jakąś restauracyjkę, wypierze raz na jakiś czas prześcieradła w hotelu, zarobi parę bolivianos serwując herbatkę z liści koki. A jak turyści odjadą to życie będzie toczyć się tak, jak przedtem: powoli i sennie.


Wioska na płaskowyżu boliwijskim (okolice Uyuni)




Senny rynek w Uyuni



Czarna kropka na mapie Boliwii to właśnie Uyuni

czwartek, 14 lutego 2008

¡Bienvenidos a Bolivia!






Parę dni w Boliwii.

Przypomina mi się pewien epizod, kiedy na lotnisku czekając na samolot z Limy do La Paz pewna zagubiona siostra zakonna pyta o ile godzin do tyłu trzeba przestawić zegarek po wylądowaniu w Boliwii. Zapytany mężczyzna z wielkim rozbawieniem (oraz pokazując swe złote uzębienie) odpowiada: “O ile godzin Boliwia jest do tyłu w stosunku do Peru?? Chyba o jakieś dwadzieścia lat!”.

I dużo jest w tym prawdy.

sobota, 2 lutego 2008

Wakacyjne plany


Czas powoli się kurczy. Staż zakończony, Santiago okiełznane. Luty to dla Chilijczyków taki nasz sierpień: wszyscy właśnie wyjeżdżają na wakacje. Daniel dostał urlop, więc wojaże zaczynają się również dla nas: plecak już prawie gotowy. Plany na najbliższe dwa tygodnie: północne Chile, kawałek Boliwii, liźnięcie północnej Argentyny. Z tego powodu najpewniej nie będę miała możliwości pisać na bieżąco na blogu. Pojawię się tuż po świętym Walentym. Pozdrawiam!



To jest nasz wakacyjny plan


czwartek, 20 grudnia 2007

Tajemnice wyspy Chiloé



Castro, domy budowane na drewnianych palach (palafitos)


Istnieje na południu Chile pewna wyspa, którą trudno jest opisać słowami codziennego użytku.

Kiedy człowiek nie potrafi nazwać roślinności, drzew i ptaków, ani porównać krajobrazu z żadnym dotychczas poznanym, czuje się zagubiony, bo brakuje mu słów, którymi mógłby się posłużyć w opisie takiego miejsca. Kiedy zwiedza się pewne miasta, można je porównywać z tymi poznanymi, nazywać style architektoniczne, typy zabudowy, można je oswoić poprzez odnalezienie czegoś podobnego na mapie własnych doświadczeń i miejsc dobrze znanych. Przyjazd do Santiago nie wywołuje dużego szoku – można opisać to miasto używając paru prostych porównań:

- pewne dzielnice nowoczesne jak w Nowym Jorku

- inne dzielnice biedne jak fawele w Rio de Janeiro

- rzeka Mapocho przepływająca przez Santiago nie umywa się do naszej Wisły

- korki jak przed Warszawą itp.

Na zasadzie takich porównań ze znanymi miejscami można w prosty sposób oswoić to, co nieznane i poczuć grunt pod nogami.

Na wyspie Chiloé nagle poczułam się zagubiona, bo brakowało mi słów, żeby opisać tamtejszą przyrodę, każde drzewo wydawało mi się nieznane, nawet krowy muczały w innym języku, a domków rozsianych po całej wyspie nie udało mi się porównać z żadnymi zabudowaniami ani w naszej Zawoi ani nigdzie indziej.

Żeby napisać parę słów o Chiloé trzeba poszerzyć własny zasób słów, wzbogacić go o nowe nazwy odcieni, dźwięków, zjawisk atmosferycznych, które wybiegają daleko poza schemat: słonecznie, pochmurno, deszczowo.

Trzeba także przygotować się na odbiór paru drobnych szczegółów ludzkiego usposobienia: opanowania, bezinteresowności czy cierpliwości, która nie zna granic (jak można być niecierpliwym i nieopanowanym mieszkając na wyspie, na której przez większą część roku pada deszcz, a po nim nagle przychodzi upał, po którym może zerwać się porywisty wiatr gotowy za chwilę przynieść kolejną ulewę?).


niedaleko Achao

W najprostszy sposób można powiedzieć, że wyspa Chiloé jest magiczna.
Począwszy od drewnianych chałup pomalowanych na wszystkie możliwe kolory, a skończywszy na niezwykłej mitologii, w którą wciąż wierzy wielu rybaków wypływających na połów wtedy, gdy ujrzą bajeczną syrenę Pincoyę skierowaną twarzą w kierunku morza (znak, że połowy będą obfite), wszystko na tej wyspie wydało mi się trochę jak nie z tej ziemi.

Na taki a nie inny odbiór wyspy wpłynęło towarzystwo osób, które zechciały opowiedzieć mi coś więcej na temat życia na tym chilijskim archipelagu.

W poznaniu Chiloé i jego mieszkańców pomogła mi przede wszystkim Alejandra Leighton Naranjo, antropolożka z Punta Arenas, która od piętnastu lat mieszka w Castro i pracuje w służbie zdrowia, zajmując się kwestią zintegrowania medycyny "oficjalnej" z medycyną praktykowaną przez indian Mapuche.


port w Achao

Problem jest dosyć poważny, a projekt zintegrowania obu metod leczenia wymaga dużo pracy zarówno od lekarzy, którzy po ukończeniu studiów medycznych decydują się pracować na wyspie, jak i od miejscowej ludności, która często z większym zaufaniem podchodzi do „znachorów”, niż do lekarzy z dyplomem.

W przypadku niektórych chorób, które są zidentyfikowane tylko w danej społeczności i uwarunkowane kulturą ludzi mieszkających na wyspie, lekarze w szpitalach muszą odsyłać pacjentów do znachorów, bo tylko oni potrafią wyleczyć pewne dolegliwości (jak np. „susto”, czyli „strach”, kiedy dziecko przestraszy się czegoś, czego potem nie potrafi zapomnieć, budzi się w nocy i dostaje drgawek. Według oficjalnej medycyny może być to padaczka – objawy są te same, lecz zastosowanie tradycyjnych metod leczenia nie pomoże w przypadku, kiedy pacjent jest przekonany, że choroba, która go dręczy to nie padaczka, tylko „susto”, i twierdzi, że tylko znachor potrafi go wyleczyć).

Większość znachorów (w języku indian Mapuche nazywani są „machi” – wym. maczi) to kobiety, które w młodości otrzymały dar leczenia: zazwyczaj takie „powołanie” przychodzi we śnie. Jednak nie jest to jedyny warunek, który muszą spełnić przyszłe znachorki: powołanie można również odziedziczyć, ale i to nie zwalnia adepta od kilku lat ciężkiej nauki u profesjonalnej machi. Za lata nauki i praktyki zwykle trzeba nauczycielowi zapłacić. Kiedyś za poradę i leczenie znachorkom płaciło się tym, co się miało: ofiarując kury, jajka, sery itp. Teraz jednak znachorki mają cennik swoich usług, ustalone ceny za wizytę i za zioła, które mają pomóc w leczeniu. I tak ceny proponowane przez znachorki są niższe niż te obowiązujące w aptekach.

Machi nie ograniczają się jedynie do używania ziół w swoich metodach leczenia. Oprócz metod naturalnych, znachorki korzystają z mocy duchów i snów. Prowadzą również ceremonie uzdrowienia, które noszą nazwę machitún.

Spotkałam wiele osób, nie tylko indian Mapuche, które mówiły, że rzeczywiście zioła przepisane przez indiańskie znachorki pomogły im wyleczyć wiele dolegliwości: od migreny po reumatyzm czy bóle żołądka.

Czasem jednak machi potrafią tylko zidentyfikować miejsce choroby, lecz wiedzą, że ich pomoc nie będzie wystarczająca. W takich przypadkach wysyłają pacjenta do normalnego szpitala. Czasami bywa na odwrót: lekarze odsyłają do znachorów, kiedy nie wiedzą jak zwalczyć jakąs chorobę oficjalnymi metodami leczenia. W wielu wypadkach jednak bywa tak, że obie metody się uzupełniają: znachorzy mogą współpracować z lekarzami – najważniejsze w końcu jest zdrowie człowieka.

Machi na wyspie Chiloé mają jeszcze dodatkową funkcję: przeciwdziałać przebiegłym sztuczkom złośliwych gnomów (brujos chilotes) zamieszkujących wyspę...

Ale o tym napiszę następnym razem.



PS. Wyspę Chiloé zamieszkuje grupa indian Mapuche zwana Huilliches. Mapuche oznacza „ludzie ziemi”: mapu – ziemia, che – ludzie, podczas gdy huilliche oznacza „ludzie z południa”.