Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwyczaje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2008

Barokowe bibeloty




Ryszard
Kapuściński, "Wojna futbolowa":

"Jesienią roku 1967 wyjechałem na pięć lat do Ameryki Łacińskiej. Moim pierwszym miastem było Santiago de Chile, dziwaczny twór architektoniczny, składający się z miniatury Manhattanu, otoczonej morzem kamieniczek w stylu przewrotnej i kapryśnej secesji hiszpańskiej, z komfortowych i ekskluzywnych dzielnic w rodzaju Los Leones, Apoquindo i Vitacury, oraz nie kończących się drewnianych, szałasowych przedmieść zwanych tutaj callampas, a zamieszkanych przez proletariat, biedotę, a także wszelkie lumpiarstwo. Miałem zawsze Chilijczyków za ludzi spokojnych, łagodnych, a nawet zniewieściałych (w mieście jest mnóstwo zakładów kosmetycznych dla mężczyzn, w których panie robią panom pedicure i malują im paznokcie), dopóki nagle, w dzień po śmierci Salvadora Allende, nie okazało się, że wiele z tych paznokci było wilczymi pazurami. Po przyjeździe do Santiago zgłosiłem się do biura wynajmu mieszkań, w którym otrzymałem plan miasta i odpowiedni spis adresów. Zacząłem teraz wyszukiwać wskazane mi domy i oglądać oferowane do wynajęcia mieszkania. W ten sposób odkryłem zupełnie nie znany mi świat. Właścicielkami tych mieszkań były wiekowe damy, wdowy, rozwódki, stare panny, w czepkach, w etolach, w bamboszach. Po przywtaniu pokazywały nieprawdopodobnie zagracone pokoje, potem wymieniały jakąś fantastyczną sumę pieniędzy, którą należało im się wpłacać jako komorne, a wreszcie podsuwały kontrakt, zawierający, poza warunkami umowy, spis rzeczy znajdujących się w mieszkaniu. Była to gruba księga, opasły tom, który w ściśle paranoicznym sensie mógł stanowić pasjonujący, psychologiczny dokumet o tym, do jakiego szaleństwa może doprowadzić człowieka chciwość i żądza posiadania zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Strona po stronie ciągnął się spis setek, a dalej już tysięcy bezsensownych drobiazgów, kotków, figurek, podstawek, makatek, obrazków, dzbaneczków, oprawek, ptaszków ze szkła, z pluszu, z mosiądzu, z filcu, z plastiku, z marmuru, z wiskozy, z kory, stearyny, satyny, lakieru, papieru, z orzechów, z wikliny, z muszelek, z fiszbinu, z entliczek-pentliczek, z bomby, trąby, hektabomby. Każde z tych mieszkań było szczelnie, pod sufit zapełnione składem tych rupieci, ugniatanym, upychanym kłębowiskiem bubli, gadgetów, hocków-klocków, przy czym najmniejsza nawet bzdurka, mówiły panie, była bezcenną, prześliczną i wzruszającą. Później już zaobserwowałem, że w tych mieszczańskich dzielnicach trwa nieustający obieg nikomu niepotrzebnych rzeczy, że przy każdej okazji otrzymuje się nikomu niepotrzebną rzecz, a zwyczaj nakazuje, aby natychmiast zrewanżować się prezentem w postaci nikomu niepotrzebenej rzeczy, która zostanie postawiona (położona, powieszona) obok innych nikomu niepotrzebnych rzeczy, co po latach zapobiegliwego zbierania (kupowania, zdobywania) zamieni każde mieszkanie w wielki magazyn nikomu niepotrzebnych rzeczy. Później również zauważyłem, że połowa sklepów w tych dzielnicach zajmuje się wyłącznie sprzedażą wszelkich bibelotów, maskotek i chichotek i że jest to wspaniały interes przynoszący krociowe dochody. Po latach wśród Afrykańczyków, dla których [...] jedyną własnością była drewniana motyka, a jedynym pożywieniem zerwany z krzewa banan, ta absurdalna lawina rekwizytów, która zwalała się na mnie po otwarciu każdych drzwi, miażdżyła mnie i zniechęcała. Ratowałem się myślą, że jest to fałszywe wejście w tamten świat, który – tłumaczyłem sobie – musi wyglądać inaczej.

[...] W rzeczywistości jednak mieszkania tych staruszek były tylko chorobliwie i kiczowato wynaturzoną menifestacją tego, co jest kluczem do Ameryki Łacińskiej – a jest nim powszechnie tu rządzący barok. Barok nie tylko jako styl tworzenia i myślenia, ale również jako ogólna nadmiernośći eklektyzm. Wszystkiego tu dużo i wszystko przybiera postać przesadną, wszystko chce się nam narzucić, zaszokować i przytłoczyć. Jak gdybyśmy mieli słaby wzrok, słaby słuch, słaby węch i coś, co wystąpiłoby w formie umiarkowanej i skromnej, zostałoby po prostu nie zauważone. Jeżeli dżungla – to olbrzymia (Amazonia), jeżeli góry – to gigantyczne (Andy), jeżeli równina – to bezkresna (pampa), jeżeli rzeka – to największa na świecie (Amazonka). Ludzie wszelkich możliwych ras i odcieni skóry – biali, czerwoni, czarni, żółci, Metysi, Mulaci. Wszelkie kultury – indiańska, anglosaska, hiszpańska, luzytańska, francuska, hinduska, włoska i afrykańska. [...]Nadmiar bogactwa i nadmiar nędzy. Przez ten świat nie można przejść ze spokojnągłową i obojętnycm sercem [...]."


***

Mój pierwszy pobyt w Ameryce Południowej również zaczęłam od Santiago. Nie był to, jak u Kapuścińskiego, pobyt pięcioletni, ale również zdążyłam zaobserwować parę typowych zjawisk charakterystycznych dla tych spokojnych i łagodnych ludzi. Co prawda nigdy nie natknęłam się na salon kosmetyczny dla mężczyzn, dlatego na pewno nie nazwałabym Chilijczyków zniewieściałymi, ale wszelkiego rodzaju bibeloty zbombardowały mnie zaraz po przekroczeniu progu chilijskiego domu w dzielnicy Providencia. Nie została ona wymieniona przez Kapuścińskiego w szeregu ekskluzywnych dzielnic, bo w rzeczywistości do nich nie należy, lecz zachowuje jeszcze pozory luksusu, a jej mieszczański klimat unosi się w powietrzu i daje wyczuć w grzecznie poustawianych domach jednorodzinnych z wykrochmalonymi firankami w oknach. A za tymi wykrochmalonymi firankami czai się,
tak jak pisał Kapuściński, rój niepotrzebnych nikomu rzeczy (ale tylko z naszej perspektywy są one nikomu niepotrzebne).

Pokój, w którym mieszkałam, pełen był porcelanowych lalek:



Każdy pakunek ma swoją opiekunkę – porcelanową lalkę z ludzkimi włosami.




Na pierwszym planie: koszyk z wielkanocnymi pisankami


były to lalki-Mulatki, lalki-Murzynki, lalki-anglosaskie arystokratki, lalki-Indianki, lalki wszelkiej maści i we wszystkich rozmiarach. Pani domu najbardziej była jednak dumna z prawdziwych ludzkich włosów, którymi mogły się te lalki pochwalić oraz z tego, że każda sukienka była dla nich specjalnie szyta na miarę. Kiedy nastały święta Bożego Narodzenia, lalki wyprowadziły się ode mnie z pokoju i zaludniły przedpokój pilnując świątecznych prezentów. Każdy pakunek miał swoją opiekunkę – porcelanową lalkę z ludzkimi włosami. I była to rzeczywiście barokowa kompozycja, w której obok lalek pani domu poustawiała figurki pana Jezusa (peruwiańskie), figurki Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków (kupione w Australii), a nawet koszyk z wielkanocnymi pisankami przywiezionymi z Polski.


Peruwiańska figurka pana Jezusa



Figurki Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków


Tak mniej więcej wyglądała bożonarodzeniowa kompozycja w pewnym mieszczańskim domu w Providenci. Od wspomnianego przez Kapuścińskiego sześćdziesiątego siódmego roku (a minęły już cztery dekady) niewiele się zmieniło w mentalności pewnych mieszkańców Santiago. Króluje idea baroku, przepychu, nadmiaru, pomieszania z wymieszaniem i chomikowania wszelkiego rodzaju bibelotów.

Ale myślę sobie, że musi być dla tego jakieś wytłumaczenie.

Jeśli kilka razy do roku w Chile trzęsie się ziemia albo jeden z wielu drzemiących wulkanów dostaje niespodziewanej czkawki, wypluwając z siebie zabójcze popioły (o czym pisze na swoim blogu Tierralatina tu i tu), to może takie obsesyjne i paranoiczne zbieractwo jest swego rodzaju zaklęciem, demonstracją tego, że nawet w obliczu grożących niebezpieczeństw, człowiek nie chce żyć prowizorycznie i “na chwilę”, che akumulować wszelkie niepotrzebne rzeczy, żeby oddalić od siebie widmo opuszczania w pośpiechu swojego dobytku. Chowa się za parawanem uzbieranych gratów, żeby zakląć siły natury?

Można też tak sobie to tłumaczyć...

czwartek, 20 marca 2008

Chile od kuchni



Zdjęcie z portalu Memoria chilena



Zawsze byłam przekonana, że kuchnia chilijska nie ma może wybitnie czym się pochwalić (a w porównaniu z argentyńską po prostu wymięka), ale ostatnio zaczęłam liczyć co niektóre smaczniejsze typowo chilisjkie dania i aż sama się zdziwiłam, że zabrakło mi palcy u rąk. Bo przecież jemy tu takie potrawy jak: cazuela, empanadas, humitas, pastel de choclo, sopaipillas, curanto, choripán, palta rellena, ensalada chilena, które popijamy, w zależności od nastroju i pory roku, szklanką coli de mono, pisco albo chichy, ewentualnie w ramach orzeźwienia w upalne dni serwujemy sobie mote con huesillos. Więc nie jest tego tak mało.


Choć na wstępie uprzedzam, że o większość wymienionych tu potraw będą tu kłócić się ze sobą przy stole Argentyńczycy, Peruwiańczycy i Boliwijczycy, którzy na równi z Chilijczykami są święcie przekonani o tym, że to właśnie oni są ideatorami tych potraw, a wszyscy inni po prostu zaadoptowali ich narodowy patent gastronomiczny.

Ale od początku, czyli kilka słów na temat chilijskiego rosołku, który zwie się tu CAZUELA. Oczywiście nie ma w tym wiele filozofii: gotuje się wywar na wołowinie lub drobiu. Do tego dorzuca się warzywa, w zależności od pory roku: cukinie, kukurydzę (lecz nie w ząbkach, tylko kawałek pokrojonej kolby), ziemniaki, czasem można dodać ryż i inne warzywa (np. dynię).


Taką cazuelę zaserwowali nam w San Pedro de Atacama



Większość mieszkańców Ameryki Południowej mogłaby się również pokłócić o to, skąd pochodzi TA JEDYNA i ORYGINALNA EMPANADA.

Chilijczycy oczywiście uważają ją za swoją, a jedzą ją na wiele sposób: z mięsem, cebulą, jajkiem, oliwkami, a czasami nawet z rodzynkami (empandada de pino, osobiście rzadko się na nią kuszę), z serem (de queso), z owocami morza (con mariscos) lub rybami (de pescado). Istnieją też jej wersje warzywne, a nawet owocowe. Empanadę de pino spożywa się o każdej porze roku, a szczególnie we wrześniu, który dla Chilijczyków jest wyjątkowym miesiącem: to właśnie wrzesień nazywany jest Miesiącem Narodu: dni świąteczne w kalendarzu wyskakują jeden za drugim, jest początek wiosny, a po ulicach Santiago i całego Chile maszerują defilady, ludzie tańczą narodowy taniec cueca, na świeżym powietrzu je się empanady i pije takie napoje jak chicha lub czerwone wino.


Empanadas de pino


UWAGA! Empanady nie je się widelcem ani nożem! Według chilijskiego przysłowia empanady i kobiety bierze się gołymi rękoma.


Po empanadzie czas na kolejny lekkostrawny posiłek, czyli HUMITAS (słowo wywodzi się z języka Indian Quechua). I one znowu mają przynajmniej kilku właścicieli: jedzą je mieszkańcy większości andyjskich krajów, czyli oprócz Chilijczyków, mieszkańcy Ekwadoru, Peru, Boliwii i Argentyny. Po zjedzeniu jednego talerza z humitas człowiek natychmiast rozumie sens serwowania tylko jednego dania.

Jest to po prostu masa zgniecionej i ugotowanej kukurydzy o konsystencji gęstego budyniu, do której dodaje się olej i trochę listków bazylii, a następnie zawija w duże liście kukurydzy (“chalas”). Takie zawiniątka przewiązuje się sznurkiem i gotuje w garnku z wodą. Można je podawać na słono lub na słodko. W smaku trochę bez charakteru, ale przynajmniej po ich zjedzeniu nikomu nie grozi głód aż do następnego dnia rano.


Zawinięta w liściu kukurydzy humita

Kolejnym specjałem kuchni krajów andyjskich jest PASTEL DE CHOCLO. “El choclo” to popularna nazwa kukurydzy, którą nazywa się również “el maiz”, jednak w Ameryce Południowej częściej używa się tej pierwszej wersji. Czyli znów potrawa na bazie kukurydzy, znów “lekkostrawnie” i “dietetycznie”. Moje pierwsze spotkanie z pastel de choclo było wielkim zaskoczniem: jak można jeść mięso na słodko??? A jednak można, w Chile można.

Ale od początku: przygotowuje się masę zgniecionej kukurydzy, która może (choć nie musi) być ugotowana (z mlekiem lub odrobiną masła) przed późniejszym wstawieniem jej do pieca. Następnie dodaje się trochę aromatycznych liści bazylii. Do ceramicznego naczynia nakłada się kawałki mięsa (może być wołowina albo kurczak), cebulę, jajko na twardo, oliwki, trochę czosnku i innych aromatyzatorów. Na to nakłada się wcześniej przygotowaną masę kukurydzianą, a całość wkłada się do pieca dopóki z wierzchu się nie przyrumieni. Ale najlepsze na koniec: przed podaniem posypuje się to wszystko cukrem. Dla mojego podniebienia było to wyzwanie.


Na wyspie Chiloé skusiłam się na typową wyspiarską potrawę, jaką jest CURANTO. Poznałam w Ancud pewną Hiszpankę, która zarzekała się, że nie opuści wyspy dopóki nie spróbuje słynnego curanto. Uległam jej namowom i zamówiłyśmy jedno curanto na spółkę. I to było dobre rozwiązanie, bo każda z nas jadła to, co lubiła, a było w czym przebierać, bo w typowym curanto można znaleźć: ryby wszelkiej maści, owoce morza, ostrygi, mięso wołowe, wieprzowe, kurczak, kiełbaski, placki mączne, ziemniaki i tak dalej... Jednym słowem wszystkiego po trochu.

Tradycjne curanto przygotowuje się w dość osobliwy sposób, a w przygotowaniach bierze udział większa grupa ludzi: wykopuje się wtedy w ziemi głęboki dół, którego dno wypełnia się kamieniami. Kamienie rozgrzewa się do czerwoności, a następnie wrzuca się po kolei różne produkty. Najpierw owoce morza i ryby, potem mięsko, warzywa, ziemniaki i różne ziemniaczane wyroby. Każdą warstwę przykrywa się wielkimi liśćmi rośliny o nazwie pangue, ewentualnie można do tego również użyć liści kapusty. Na koniec wszystko się szczelnie przykrywa w taki sposób, by składniki poczuły się w tym rozgrzanym dole jak w garnku ciśnieniowym. Słyszałam, że kiedyś podczas takiego zbiorowego przyrządzania curanta ktoś przez nieuwagę wpadł do głębokiego i rozgrzanego dołu pełnego gotujących się specjałów i nieźle się poparzył.

Takie zbiorowe przygotowywanie wspólnego posiłku jest kolejnym przykładem na to, że ludzie zamieszkujący wyspę Chiloé żyją w głebokim poczuciu solidarności i wzajemnej pomocy. O innym przykładzie chilotańskiej mingi (czyli zgodnego i bezinteresownego działania na rzecz wspólnoty) pisałam również tutaj.


Tradycyjne Curanto, zdjęcie z portalu Memoria chilena


Po curanto przychodzi czas na CHORIPÁN, czyli chilijskiego hot doga. Choripány je się zazwyczaj przy okazji grillowania, serwuje się je wówczas jako przystawkę, w oczekiwaniu na “wielkie żarcie”, którego przygotowanie może zająć więcej czasu. Dlatego na wstępie podaje się takie malutkie bułeczki, w których środku znajduje się gorąca, dopiero co przygrillowana kiełbaska w kolorze ciemnoczerwonym. Naprawdę dobre i pikantne!

O słynnym ASADO DE CARNE nie będę wspominać, bo zwolennicy Argentyny zarzucą mi, że się mieszam w ich specjalność. Ale tylko zaznaczę, że grillowanie w Chile też cieszy się wielką popularnością!


Na południu Chile jadłam z kolei SOPAIPILLAS. To tak jakby nasze smażone naleśniki, z tą różnicą, że np. w Chile ich głownym składnikiem jest cukinia, a w Argentynie mówi się na nie “torta frita” lub Kreppel. Takie sopaipillas mogą być przyrządzane na słodko lub na słono, w drugim przypadku można je polać musztardą lub sosem czosnkowym. Najczęsciej serwują je uliczni kucharze lub przydrożne bary.

Tłuściutkie sopaipillas

O napojach (głównie tych wyskokowych) na razie nie będę pisać, bo to też dość szeroki i głęboki temat. W każdym razie wykazują się Chilijczycy pomysłowością. Na przykład: jak domową metodą wyprodukować kopię irlandzkiego Bayleis’a i jaką jej nadać nazwę? Wystarczy COLA DE MONO, czyli małpi ogonek. Po prostu pycha!


Comida en el Mapocho, zdjęcie z portalu Memoria chilena


Niektóre zdjęcia pochodzą ze zbiorów portalu:
http://www.portalchileno.ca/recetas/subrecetas/recetas.html

wtorek, 19 lutego 2008

Wprawdzie daleko stąd do Rio de Janeiro…




…ale także tutaj, na północy Chile, ludzie świętują na swój sposób karnawał. I z pewnością nie ma on wiele wspólnego z brazylijskim szałem ciał, ale przecież co kraj to obyczaj. Brazylijczykom każdy kraj może pozazdrościć sukcesów w piłce nożnej i hucznego karnawału, a Chile nie jest w tej kwestii wyjątkiem.


Na początku lutego przypadkiem udało mi się być świadkiem przy obchodach karnawału w małej andyjskiej wiosce na płaskowyżu chilijskim. Wioska ta, o bardzo ciekawej nazwie Machuca (tak, dokładnie tak, jak tytuł znanego filmu Andresa Wooda), znajduje się kilkadziesiąt kilometrów na północ od San Pedro de Atacama i obecnie zamieszkała jest zaledwie przez garstkę ludzi. Znaczna część z nich zdecydowała się opuścić wioskę i wyemigrować do miast, gdzie istnieje większe prawdopodobieństwo zatrudnienia. Lecz każdy z mieszkańców wioski w okresie karnawału i innych ważnych świąt wraca do Machuki na wspólne biesiadowanie.

Uprzedzam: nie będzie tu klimatów jak z Cejrowskiego. Nie będzie szamanów, zaklinaczy wężow ani małpich móżdżków na deser. I mimo że karnawał w wiosce Machuca nie był szczytem egzotyki, to jednak mam pewność, że uroczystość ta w wykonaniu mieszkańców Machuki nie była spreparowanym pod publiczkę występem, tylko autentycznym przejawem krzewienia tradycji. A fakt, że życie i obyczaje współczesnych Indian również powoli ulegają wpływom wszechobecnej globalizacji, nie jest żadnym odkryciem Ameryki.



Ludzie ubrani w normalne dresy i bluzy, popijając piwko z puszek (bo tańsze i mniej pracochłonne niż przygotowanie chichy domowej roboty) ustawiają na środku wioski krzyż zdobiony trawą, kwiatami i chlebem. Przed każdym łykiem piwa czy wina, spluwają na ziemię lub podlewają nim krzyż, ku czci Pachamamy (Pachamama lub Matka Ziemia – w kulturze inkaskiej jest boginią ziemi, zapewniającą żyzność pól i płodność). Mieszkańcy Machuki niewinnie i niepostrzeżenie mieszają dwie religie: prekolumbijską i katolicką. Religia, w której czczą Pachamamę, przeplata się swobodnie i uzupełnia z wiarą w Chrystusa narzuconą przez kolonizatorów i misjonarzy hiszpańskich. Skąd bowiem krzyż na środku wioski i jednoczesne śpiewy ku czci inkaskiej boginki?

Najważniejsza osoba we wiosce intonuje pieśni, podczas gdy pozostali wtórują jej “tańcem”. Choć czy można nazwać to tańcem, sami ocenicie.





Według badań Narodowego Instytutu Statystyki (El Istituto Nacional de Estadísticas, INE) przeprowadzonych w 2002 roku zaledwie 4,6% ludności chilijskiej to ludność rdzenna. Cztery spośród nielicznych już grup etnicznych zamieszkujących Chile znajdują się na północy kraju: Indianie Aymara (ok. 48000 osób), Atacameños (ok. 14000), Quechuas (ok. 6000) i Collas (ok. 1700 osób).

Indianie Aymara zamieszkujący chilijskie tereny płaskowyżu (wys. 4000 m n.p.m.) oprócz Pachamamy uznają także duchy gór (los mallkus). Każdy mallkus lub duch, który mieszka we wnętrzu gór ma swoje własne imię. Góry mogą być rodzaju żeńskiego lub męskiego, a większość świąt im zadedykowanych ma miejsce w miesiącu lutym. Uroczystości ku czci Pachamamy natomiast odbywają się w okresie siewu i żniw.


Machuca


wtorek, 1 stycznia 2008

Witam wszystkich w Nowym Roku!





Wczoraj
otworzyliśmy szampana, kiedy w Polsce wybiła czwarta nad ranem, a tu akurat wtedy wystrzeliły pierwsze petardy i nastała wielka noworoczna euforia, wszyscy wybiegli na ulice, dzieci w krótkich spodenkach, ludzie ledwo co poubierani (ze względu na upał), każdy obowiązkowo w żółtych majtkach (jeszcze lepiej, gdy założonych na lewą stronę)...

No właśnie, co do tych żółtych majtek założonych na lewą stronę, dzisiaj napiszę parę słów na temat całej masy przesądów, bez których Chilijczycy nie rozpoczną Nowego Roku z obawy o niezapewnienie sobie dostatku i szczęścia.

Sylwestrowe przesądy zostały tu wprowadzone przez hiszpańskich kolonizatorów, dlatego pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że także w Chile z wybiciem godziny dwunastej zjada się dwanaście winogron (każde symbolizuje dwanaście miesięcy i zapewnia pomyślność na cały nadchodzący rok).

Oprócz tego typowego hiszpańskiego zwyczaju, w Chile:

- wita się Nowy Rok z butami wypełnionymi banknotami o dużych nominałach (gwarantuje dostatek. Według niektórych można wypełnić pieniędzmi kieszenie, a nie buty)

- bieliznę zakłada się na lewą stronę (tylko do północy; po północy należy ją założyć poprawnie – ale kto o tym pamięta?)

- najlepiej, żeby bielizna była żółta i żeby ktoś nam ją podarował w prezencie

- do kieliszka z szampanem wrzuca się złoty pierśconek (aby nigdy nie zabrakło pieniędzy)

- zapala się kolorowe świece, z których każdy kolor symbolizuje coś innego: żółte świece zapewniają pomyślność, niebieskie – pokój, czerwone – namiętność, zielone – zdrowie, pomarańczowe – inteligencję itp.

- wystawia się walizki za drzwi (żeby w nadchodzącym roku dużo podróżować)

- albo biega się ulicami wokół domu ciągnąc je za sobą (w tym samym celu)

- zjada się gotowaną soczewicę zaraz po wybiciu dwunastej

- myje się dłonie szampanem z odrobiną cukru (żeby nigdy nie brakowało pieniędzy)

- po wybiciu północy pierwszą osobą, którą się przytuli, powinna być osoba przeciwnej płci

Lista tych obowiązkowych rytuałów nie kończy w tym miejscu. Jest ich o wiele więcej, np. niektórzy przygotowują lalkę symbolizującą odchodzący rok i palą ją wraz z nadejściem północy, tak jak w Polsce pali się marzannę z nadejściem wiosny.

Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób przesądne osoby potrafią wykonać tyle czynności naraz: wybiec na ulice z walizkami, w tym samym czasie jeść winogrona, myć ręce w szampanie i zapalać świece, nie zapominając przy tym, aby przełożyć żołte majtki z lewej strony na prawą.

W każdym razie powiem szczerze, że wypiłam swojego szampana z kieliszka, w którym nie było złotego pierścionka, moje buty nie były wypełnione pieniędzmi, nie zjadłam gotowanej soczewicy ani winogron i, podsumowując, nie zrobiłam niczego, o czym napisałam powyżej. I tak wiem, że nadchodzący rok będzie tak samo udany jak 2007, albo jeszcze lepszy.

I tego samego życzę również Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie!




czwartek, 20 grudnia 2007

Tajemnice wyspy Chiloé



Castro, domy budowane na drewnianych palach (palafitos)


Istnieje na południu Chile pewna wyspa, którą trudno jest opisać słowami codziennego użytku.

Kiedy człowiek nie potrafi nazwać roślinności, drzew i ptaków, ani porównać krajobrazu z żadnym dotychczas poznanym, czuje się zagubiony, bo brakuje mu słów, którymi mógłby się posłużyć w opisie takiego miejsca. Kiedy zwiedza się pewne miasta, można je porównywać z tymi poznanymi, nazywać style architektoniczne, typy zabudowy, można je oswoić poprzez odnalezienie czegoś podobnego na mapie własnych doświadczeń i miejsc dobrze znanych. Przyjazd do Santiago nie wywołuje dużego szoku – można opisać to miasto używając paru prostych porównań:

- pewne dzielnice nowoczesne jak w Nowym Jorku

- inne dzielnice biedne jak fawele w Rio de Janeiro

- rzeka Mapocho przepływająca przez Santiago nie umywa się do naszej Wisły

- korki jak przed Warszawą itp.

Na zasadzie takich porównań ze znanymi miejscami można w prosty sposób oswoić to, co nieznane i poczuć grunt pod nogami.

Na wyspie Chiloé nagle poczułam się zagubiona, bo brakowało mi słów, żeby opisać tamtejszą przyrodę, każde drzewo wydawało mi się nieznane, nawet krowy muczały w innym języku, a domków rozsianych po całej wyspie nie udało mi się porównać z żadnymi zabudowaniami ani w naszej Zawoi ani nigdzie indziej.

Żeby napisać parę słów o Chiloé trzeba poszerzyć własny zasób słów, wzbogacić go o nowe nazwy odcieni, dźwięków, zjawisk atmosferycznych, które wybiegają daleko poza schemat: słonecznie, pochmurno, deszczowo.

Trzeba także przygotować się na odbiór paru drobnych szczegółów ludzkiego usposobienia: opanowania, bezinteresowności czy cierpliwości, która nie zna granic (jak można być niecierpliwym i nieopanowanym mieszkając na wyspie, na której przez większą część roku pada deszcz, a po nim nagle przychodzi upał, po którym może zerwać się porywisty wiatr gotowy za chwilę przynieść kolejną ulewę?).


niedaleko Achao

W najprostszy sposób można powiedzieć, że wyspa Chiloé jest magiczna.
Począwszy od drewnianych chałup pomalowanych na wszystkie możliwe kolory, a skończywszy na niezwykłej mitologii, w którą wciąż wierzy wielu rybaków wypływających na połów wtedy, gdy ujrzą bajeczną syrenę Pincoyę skierowaną twarzą w kierunku morza (znak, że połowy będą obfite), wszystko na tej wyspie wydało mi się trochę jak nie z tej ziemi.

Na taki a nie inny odbiór wyspy wpłynęło towarzystwo osób, które zechciały opowiedzieć mi coś więcej na temat życia na tym chilijskim archipelagu.

W poznaniu Chiloé i jego mieszkańców pomogła mi przede wszystkim Alejandra Leighton Naranjo, antropolożka z Punta Arenas, która od piętnastu lat mieszka w Castro i pracuje w służbie zdrowia, zajmując się kwestią zintegrowania medycyny "oficjalnej" z medycyną praktykowaną przez indian Mapuche.


port w Achao

Problem jest dosyć poważny, a projekt zintegrowania obu metod leczenia wymaga dużo pracy zarówno od lekarzy, którzy po ukończeniu studiów medycznych decydują się pracować na wyspie, jak i od miejscowej ludności, która często z większym zaufaniem podchodzi do „znachorów”, niż do lekarzy z dyplomem.

W przypadku niektórych chorób, które są zidentyfikowane tylko w danej społeczności i uwarunkowane kulturą ludzi mieszkających na wyspie, lekarze w szpitalach muszą odsyłać pacjentów do znachorów, bo tylko oni potrafią wyleczyć pewne dolegliwości (jak np. „susto”, czyli „strach”, kiedy dziecko przestraszy się czegoś, czego potem nie potrafi zapomnieć, budzi się w nocy i dostaje drgawek. Według oficjalnej medycyny może być to padaczka – objawy są te same, lecz zastosowanie tradycyjnych metod leczenia nie pomoże w przypadku, kiedy pacjent jest przekonany, że choroba, która go dręczy to nie padaczka, tylko „susto”, i twierdzi, że tylko znachor potrafi go wyleczyć).

Większość znachorów (w języku indian Mapuche nazywani są „machi” – wym. maczi) to kobiety, które w młodości otrzymały dar leczenia: zazwyczaj takie „powołanie” przychodzi we śnie. Jednak nie jest to jedyny warunek, który muszą spełnić przyszłe znachorki: powołanie można również odziedziczyć, ale i to nie zwalnia adepta od kilku lat ciężkiej nauki u profesjonalnej machi. Za lata nauki i praktyki zwykle trzeba nauczycielowi zapłacić. Kiedyś za poradę i leczenie znachorkom płaciło się tym, co się miało: ofiarując kury, jajka, sery itp. Teraz jednak znachorki mają cennik swoich usług, ustalone ceny za wizytę i za zioła, które mają pomóc w leczeniu. I tak ceny proponowane przez znachorki są niższe niż te obowiązujące w aptekach.

Machi nie ograniczają się jedynie do używania ziół w swoich metodach leczenia. Oprócz metod naturalnych, znachorki korzystają z mocy duchów i snów. Prowadzą również ceremonie uzdrowienia, które noszą nazwę machitún.

Spotkałam wiele osób, nie tylko indian Mapuche, które mówiły, że rzeczywiście zioła przepisane przez indiańskie znachorki pomogły im wyleczyć wiele dolegliwości: od migreny po reumatyzm czy bóle żołądka.

Czasem jednak machi potrafią tylko zidentyfikować miejsce choroby, lecz wiedzą, że ich pomoc nie będzie wystarczająca. W takich przypadkach wysyłają pacjenta do normalnego szpitala. Czasami bywa na odwrót: lekarze odsyłają do znachorów, kiedy nie wiedzą jak zwalczyć jakąs chorobę oficjalnymi metodami leczenia. W wielu wypadkach jednak bywa tak, że obie metody się uzupełniają: znachorzy mogą współpracować z lekarzami – najważniejsze w końcu jest zdrowie człowieka.

Machi na wyspie Chiloé mają jeszcze dodatkową funkcję: przeciwdziałać przebiegłym sztuczkom złośliwych gnomów (brujos chilotes) zamieszkujących wyspę...

Ale o tym napiszę następnym razem.



PS. Wyspę Chiloé zamieszkuje grupa indian Mapuche zwana Huilliches. Mapuche oznacza „ludzie ziemi”: mapu – ziemia, che – ludzie, podczas gdy huilliche oznacza „ludzie z południa”.


czwartek, 29 listopada 2007

Przy podwieczorku rozmawiamy o Guillerminie



Pan con palta

czyli chleb z awokado
Najsmaczniejszy składnik podwieczorku


Każdego dnia po południu, tak między godziną 16 a 20, Chilijczycy zwykli zasiadać za stołem w celu „tomar once”. Na początku mojej przygody z Chile „tomar once” znaczyło dla mnie tyle co angielskie „five o’ clock”, czyli herbatka z drobną przekąską. I rzeczywiście „once” jest w Chile rytuałem i ceremonią, obowiązkiem i okazją do wspólnego spędzenia popołudnia. Filiżanka herbaty lub kawy, gorący chleb z masłem i zielonym awokado, dżemem lub wędliną – są to typowe składniki codziennego „once”. Jest to na tyle niezobowiązujący podwieczorek, że zwykle zaprasza się kogoś do siebie do domu „para tomar una rica once” (na pyszny podwieczorek).

„Once” oznacza cyfrę 11, dlatego też można by się długo zastanawiać co ma wspólnego popołudniowy podwieczorek z tą liczbą, skoro wcale się go nie spożywa w godzinach przedpołudniowych. Otóż zwrot „tomar once” wywodzi się z czasów, kiedy robotnicy robili sobie przerwę w pracy na drugie śniadanie, na które składały się kanapki i czasami również aguardiente (czyli mniej więcej odpowiednik naszej polskiej wódki). Żeby jednak ukryć fakt spożywania alkoholu podczas przerwy na drugie śniadanie, ktoś wpadł na pomysł, żeby zamiast aguardiente używać słowa once (11), które odpowiada liczbie liter w nazwie tego alkoholu. I tak się przyjęło: „tomar once” czyli po prostu „pójść na jedenastkę” (a dzisiaj: zjeść podwieczorek).

Aktualnie używa się tego sformuowania nie zważając na to, że zazwyczaj w porze podwieczorku w ogóle alkoholu się nie spożywa. W zamian za to serwuje się herbatki (na które Chilijczycy mówią „aguita” lub „tecito”) lub kawki („cafecito”). Są to oczywiście zdrobnienia od następujących słów: „agua”, „”, „café” (woda, herbata, kawa), które w ustach Chilijczyków nabierają pieszczotliwych odcieni. W ogóle cechą charakterystyczną dla Chilijczyków są wszelkiego rodzaju zdrobnienia przy użyciu jakichkolwiek słów. Dlatego podczas popołudniowego „once” w chilijskich domach pije się herbatki i kawki oraz je się kromeczki podgrzanych chlebków (un pancito calentito) itp.

I właśnie podczas jednego z takich codziennych podwieczorków, zajadając się podgrzanym chlebkiem z awokado (pycha!), tata Daniela opowiedział mi bardzo ciekawą historię.

Kiedy jego mama (a babcia Daniela), Guillermina Rehren, była dwunastoletnią uczennicą w prowincjonalnej szkole na południu Chile (w Temuco), zaprzyjaźniła się z pewną dziewczynką o imieniu Laura. Dziewczynka ta była siostrą nikomu wówczas nieznanego chłopca o imieniu Neftalí Ricardo i nazwisku Reyes Basoalto. Któregoś dnia Guillermina została zaproszona do domu swojej przyjaciółki i tak właśnie ukazała się czternastoletniemu Neftalí, który pobiegł otworzyć jej drzwi. Chłopiec jakby zaniemówił, wydawać by się mogło, że poraziły go błękitne pioruny, które ujrzał wokół Guillerminy. I tak właśnie opisał to w poemacie „¿Dónde estará la Guillermina?” ("Gdzie jest Guillermina?"), kiedy miał już na karku więcej niż pięćdziesiąt lat i przybrany pseudonim Pablo Neruda.

Pierwsze wersy poematu brzmią następująco:

"Cuando mi hermana la invitó

y yo salí a abrirle la puerta

entró el sol,

entraron estrellas,

entraron dos trenzas de trigo

y dos ojos interminables…"

(Kiedy moja siostra ją zaprosiła

i wyszedłem, żeby otworzyć jej drzwi,

weszło słońce,

weszły gwiazdy,

weszły dwa warkocze z pszenicy

i para głębokich oczu bez dna...)

Poemat jest przepiękny. Całość można przeczytać tutaj

a ja może kiedyś zdobędę się na przetłumaczenie go do końca, choć wydaje mi się, że przy tłumaczeniu poezji nigdy nie uda się oddać całego uroku i atmosfery wiersza. Może ktoś inny się pokusi?

"Isla Negra 1968
Dla Guillerminy Rehren,
której wspomnienie mimo upływu czasu
pozostało żywe w jej starym przyjacielu.
Pablo Neruda"

W domu Daniela jest parę książek Nerudy, które poeta podarował jego babci już jako uznany artysta. Artysta, który pomimo mijającego czasu nigdy nie zapomniał o swojej młodzieńczej fascynacji. I nie szkodzi, że w swoim bujnym życiu związał się z wieloma kobietami, które porzucał, kiedy poznawał inne. Jednak lata nie wymazały mu z pamięci dwunastoletniej Guillerminy, której po latach dedykował swoje książki. I właśnie dlatego drugie imię Daniela to Guillermo, na cześć babci, która niestety nie wyszła za mąż za Nerudę (a może właśnie na szczęście), tylko za Luisa Advis Lobos, senatora i burmistrza Iquique, człowieka bardzo cenionego na północy Chile i bardziej stałego w uczuciach niż poeta Pablo. Może i na dobre to wyszło Guillerminie.

"Na stronie 220
piękne wspomnienie

Pablo Neruda

dla Guillerminy Rehren

Październik 1968"

PS. A dyrektorką w szkole w Temuco w czasach, gdy chodziła do niej Guillermina była ni mniej ni więcej tylko sama Gabriela Mistral (pierwsza Literacka Nagroda Nobla dla Chile, w 1945 roku).


A na zdjęciu tata Daniela,
syn Guillerminy, w której zauroczył się Neruda

poniedziałek, 5 listopada 2007

Cueca i kult macho




W Chile, tak jak i w innych krajach latynoamerykańskich, dominuje kultura macho. Z pewnością chilijska wersja machismo nie jest tak ewidentna jak np. ta w Meksyku, jednak nie wystarczy sam fakt obsadzenia kobiety na stanowisku prezydenta, by móc twierdzić, że w Chile panuje matriarchat. Nic bardziej błędnego! Kult macho w Chile związany jest ze sposobem edukacji, z tradycją i historią kraju. Mimo, że kobiety coraz częściej dochodzą do głosu, zrzeszają się w organizacjach przeciwko przemocy rodzinnej, odgrywają istotną rolę w niektórych wydarzeniach politycznych (np. podczas rządów Allende kobiety z wyższych sfer wyszły na ulice Santiago z garnkami i w ten sposób nieco „przyspieszyły” zamach stanu), to nie da się ukryć, że zazwyczaj mają do odegrania drugorzędną rolę w społeczeństwie chilijskim.

Dla mnie takim drobnym przykładem „machismo” w Chile jest ich narodowy taniec – cueca (czyt. kueka). Od razu powiem, że cueca nie ma nic wspólnego z typowymi tańcami latynoskimi, gorącymi kubańskimi rytmami ani zmysłowymi ruchami.

Cueca jest tańcem, który przypomina taniec godowy koguta i kury. Mężczyzna posuwistym krokiem zbliża się do kobiety, tupie groźnie ostrogami o ziemię i wymachuje białą chusteczką. Kobieta natomiast jest bardziej powściągliwa, kokietuje i przyjmuje zaloty partnera. Jej rola jest pasywna, w przeciwieństwie do roli mężczyzny, który bierze na siebie cały wysiłek zalotów i walki o serce partnerki. Mężczyzna okrąża kobietę, „atakuje”, ona natomiast jest w ofensywie i ostatecznie ulega partnerowi. Ruchy płci pięknej ograniczone są w zasadzie do powiewania delikatnie chusteczką i kokieteryjnego unoszenia rąbka spódnicy. Co ciekawe, partnerzy prawie się nie dotykają, tylko krążą wokół siebie. To chyba podstawowa różnica między „kueką” a innymi latynoskimi tańcami.

Pedro Olmos (1911 - 1991), "La Cueca",
reprodukcja: portal Memoria Chilena

Dopiero od 1979 roku cueca jest tańcem narodowym Chile. Co prawda tańczono ją już o wiele wcześniej (od połowy XIX wieku) a jej źródeł szukano już w wielu kulturach: hiszpańskiej, afrykańskiej, peruwiańskiej. Najczęściej jednak można spotkać się ze stwierdzeniem, że cueca przybyła do Chile z Peru na krótki czas przed uzyskaniem Niepodległości (czyli przed 1810). Tańczy się ją przede wszystkim we wrześniu, w związku z dwoma głównymi świętami narodowymi (18 i 19 września – w te dni świętuje się las Fiestas Patrias) oraz ze względu na rozpoczynająca się w tym miesiącu wiosnę.

W zależności od rejonu, w którym się ją tańczy, wyróżnia się „kuekę” północną (la cueca nortina), południową (la cueca chilota lub sureña), la cueca criolla, campesina, valseada, larga, porteña oraz wiele innych. Różnice dotyczą głównie strojów, ale również charakteru tańca. Na przykład na południu kraju, gdzie klimat jest bardziej chłodny a ludzie bardziej zamknięci w sobie, ruchy tancerzy wydają się nieśmiałe; w stolicy eleganckie, na wsiach energiczne itp. Na północy Chile „kuekę” tańczy się tylko przy akompaniamencie muzyki (gitara, akordeon), natomiast na południu do muzyki instrumentalnej dołącza również śpiew.

Dominacja mężczyzny nad kobietą nie ogranicza się jednak w Chile tylko do tego tańca. Niestety z fenomenem „machismo” można tu się spotkać także na ulicy, a nie tylko przy okazji wieczorku tanecznego. Tego, że cueca jest tańcem o wyraźnej tendencji machistowskiej, nie trzeba poddawać w wątpliwość. Ucząc małych chłopców tego tańca naucza się ich jednocześnie jak być protagonistą w kwestiach męsko-damskich, jak uwieść niewiastę i podporządkować ją sobie.

Czyli korzeni machismo można się bez wątpienia dopatrywać w tradycji. I nie na tradycji się kończy, ponieważ machismo nie kryje się tylko w tańcu, lecz wiąże się z mentalnością i stylem życia. A z kwestią machismo w sposób nieunikniony wiąże się ogromny problem, na temat którego w Chile już jakiś czas temu przestano milczeć: problem przemocy w rodzinie.

Uważaj, machismo zabija!” – takim hasłem w lipcu tego roku rozpoczęła akcję Chilijska Sieć Przeciw Przemocy Domowej i Seksualnej (Red Chilena Contra la Violencia Doméstica y Sexual).

Według danych tej organizacji od stycznia 2001 roku do lipca 2007, ponad 300 chilijskich kobiet zostało zabitych głównie z rąk osób najbliższych: mężów, konkubinów lub narzeczonych. Oprócz tak ekstremalnych przypadków jak zabicia kobiet, niezwykle wysoka jest liczba ofiar przemocy psychicznej, fizycznej i seksualnej, a co najgorsze te również mają swe źródło w rodzinnym domu.

Niektórzy twierdzą, że kultura macho wywodzi się z czasów konkwisty, kiedy brutalni Hiszpanie zawitali na nowym kontynencie bez żon i bez skrupułów, gwałcąc rdzenne kobiety za dnia, a nocą modląc się do Boga: „Panie, czynię to, by przysporzyć więcej dusz kościołowi i koronie hiszpańskiej”. Wiadomo, że dla hiszpańskiego konkwsitadora Indianka była mniej warta od konia, więc można sobie wyobrazić jakie pokolenie wyrosło z takich związków (bynajmniej nie miłosnych): synowie utożsamiali się najpewniej z ojcami, pełni podziwu dla dzielnych żołnierzy, rosnąc w pogardzie dla matki-Indianki oraz dla kobiet w ogóle, a córkom od maleńkości wskazywano gdzie jest ich miejsce w rodzinnej hierarchii. Tu rzeczywiście można dopatrywać się korzeni kultury macho.

Ale też nie wolno zrzucać całej winy na Hiszpanów (już tyle złego im się przypisuje!). Także rdzenne plemiona, a wśród nich przede wszystkim Araukanie, praktykowały poligamię (szczególnie poligynię). Mężczyźni opuszczali często kobiety i dzieci w poszukiwaniu lepszych terenów łowieckich. W innym miejscu znajdywali sobie nową kobietę, zapewniali jej potomstwo, a kiedy sytuacja stawała się ciężka, ponownie wyruszali w poszukiwaniu lepszych terenów. Kobiety więc przyzwyczaiły się do ciężkiego życia i nauczyły się akceptować (choć na pewno nie wybaczać) męską zdradę i ucieczkę.


Mimo że jest spora liczba kobiet aktywnych zawodowo w Chile, większość z nich zarabia o wiele mniej niż mężczyźni (nawet w przypadku, gdy zajmują podobne stanowiska). Aktualnie przeciwko dyskryminacji kobiet w sferze politycznej, ekonomicznej, społecznej i kulturalnej powołano w Chile instytucję o nazwie SERNAM (servicio nacional de la mujer), która stawia sobie za cel wykonanie Planu Równości (Plan de Igualdad) w możliwościach pracy wśród kobiet. W akcji tej działa aktywnie pani prezydent Bachelet. Pracując przez pewien czas w Chile miałam okazję często słyszeć z ust kobiet, że w wyborach prezydenckich zagłosowały na Bachelet nie ze względu na jej program polityczny, tylko ze względu na to, że jest kobietą. I do tej pory nadal czują się dumne z wyników wyborów i uważają je za osobisty sukces.

I choć może wydać się absurdem doszukiwanie się korzeni „machismo” w tak niewinnej formie ekspresji, jaką jest taniec, to jednak uważam, że nie jest to zupełnie bezpodstawne. Cueca, osiągnąwszy rangę tańca narodowego daje mężczyznom immunitet, cementuje w opinii społecznej przeświadczenie, że mężczyźnie przysługuje nadrzędna rola w społeczeństwie, a wszelkie przejawy przemocy są na wstępie uniewinnione, jako że mężczyznom przystoi.

czwartek, 1 listopada 2007

Wesoły cmentarz w Valparaiso




Jest w Valparaiso pewien "wesoły" cmentarz, w którym kolor szary nie dominuje wcale nad innymi kolorami. Jest to cmentarz komunalny nr 3, zwany również Cementerio Playa Ancha (Cmentarz Szerokiej Plaży).
Strach pomyśleć, że aż do 1825 roku w Valparaiso nie było żadnego cmentarza, a ludzi chowano w jakichkolwiek częściach miasta, byle na wzgórzach. Sytuacja stała się naprawdę niebezpieczna, gdy w połowie XIX wieku do Valparaiso dotarła epidemia dziwnej odmiany dżumy (la peste bubónica), która dotknęła głównie biedaków i bezdomnych. Zwłoki tych ludzi, którzy nie mieli pieniędzy na pochówek, były wywożone w jedno konkretne miejsce na wozach ciągniętych przez woły. Właśnie dzięki tym zbiorowym pochówkom powstał pierwszy cmentarz w Valparaiso. Postanowiono go założyć dopiero wówczas, gdy uświadomiono sobie, że chowanie ludzi w przypadkowych miejscach mogło stać się zagrożeniem dla zdrowia mieszkańców miasta. Cmentarz Playa Ancha założony został dopiero w 1892, jako trzeci cmentarz w Valparaiso. Do dziś znany jest z tego, że pochowane na nim zostały ważne dla historii miasta osobistości.

Jednak moją uwagę, o wiele bardziej niż groby znanych ludzi, przyciągnęły groby dzieci. Większość z takich grobów przypomina małe dziecięce pokoiki, pełne zabawek i maskotek. Na drewnianych deseczkach – wzruszające napisy i słowa pełne ciepła skierowane do zmarłych niemowląt. Poruszający widok, jak sami możecie zobaczyć:








Przypalony Fred Flinston i pies Pluto

grób z Teletubisiem





I taki ogólny widok na cmentarz. Piekny, bo ze wzgórza, na którym się rozciąga, można podziwiać Ocean Spokojny:



wtorek, 30 października 2007

Imigracja i rasizm w Chile

Często można spotkać się ze stwierdzeniem, że Chile jest jak wyspa, a Chilijczycy mają mentalność wyspiarzy. Skąd mogą brać się takie teorie? Ten kraj, który znajduje się na końcu świata i do którego nikt nie trafia przez przypadek, jest oddzielony od reszty kontynentu w szczególny sposób: na północy przez najbardziej suchą pustynię na świecie (jak zwykli mówić o niej zamieszkujący tam ludzie) – pustynię Atacama, od wschodu przez potężne pasmo górskie Andy, od zachodu przez niespokojne fale Oceanu Spokojnego, natomiast od południa przez mrozy Antarktyki.

Można by zarzucić Chilijczykom pewien brak wyobraźni w nazewnictwie regionów geograficznych (jak to możliwe, że ten naród poetów podzielił swój kraj na dwanaście regionów, z których każdy nosi tak niepoetycką nazwę: region I, region II, region III itd z północy ku Ziemi Ognistej), lecz po przeczytaniu pewnej bardzo ciekawej książki Isabel Allende („Mi país inventado”) wiem, że obcokrajowiec nie powinien krytykować Chile. W końcu 15 milionów Chilijczyków robi to od rana do wieczora.


Z tego też względu, chcąc pisać o imigracji i rasizmie w Chile (w związku z czym samoistnie nasuwa mi się mnóstwo zarzutów), posłużę się spostrzeżeniami Isabel Allende, jako że sama nie powinnam wydawać zbyt ostrej krytyki. Co ciekawe, Allende podchodzi z dużą dozą ironii do swojego kraju, w którym nie mieszka już od pamiętnego 1973 roku.

Ale na początek parę moich własnych spostrzeżeń na temat jak postrzegany jest obcokrajowiec w Chile. Pierwsza myśl jest taka: każdy Europejczyk może czuć się dobrze w tym kraju. Często można usłyszeć pytanie w stylu: „Czego człowiek z «Pierwszego Świata» szuka w «Trzecim Świecie»?". Oczywiście zupełnie inne nastawienie mają Chilijczycy w stosunku do swych biedniejszych sąsiadów z Peru czy Boliwii.

Źródła imigracji w Chile

W przeciwieństwie do niektórych innych krajów Ameryki Południowej, do Chile nie dotarła kultura afrykańska (jak np. do Brazylii), ani też wielka emigracja włoska (jak do Argentyny), która może sprawiłaby, że Chilijczycy staliby się bardziej otwarci, dumni i weseli; nie dotarła również fala emigracji azjatyckiej (jak do Peru), by wzbogacić niezbyt urozmaiconą kuchnię chilijską.

Lecz Allende przyznaje, że nawet gdyby ludzie z różnych stron świata chcieliby się osiedlić w Chile, wyniosłe rodziny hiszpańskie od lat mieszkające w tym kraju zrobiłyby wszystko, by ograniczyć jakiekolwiek kontakty z imigrantami (pod warunkiem, że nie byliby to imigranci z północnej Europy – tych bowiem przyjmowano z otwartymi ramionami). Trzeba przyznać, że polityka imigracyjna była w Chile bardziej rasistowska niż w innych krajach Ameryki Południowej.

Przez długi czas w Chile nie byli akceptowani Azjaci, Murzyni i ludzie o bardzo ciemnym kolorze skóry (w tym roku miałam okazję poznać pewne małżeństwo - ona Niemka, on czarnoskóry Amerykanin z USA, z referencjami i wieloletnim doświadczeniem w pracy, a jednak para była tylko na utrzymaniu Niemki, ponieważ gringo od ponad roku nie mógł znaleźć pracy w Santiago. Sam twierdził, że to z powodu jego koloru skóry).

Niemcy

Allende wspomina także o prezydencie Chile, który w XIX wieku wpadł na pomysł sprowadzenia Niemców i przydzielenia im ziem na południu kraju. Tereny te oczywiście należały do Indian Mapuche, ale oprócz nich samych chyba nikt inny o tym nie pamiętał. Celem sprowadzenia Niemców do Chile była chęć poprawy jakości metyskiej krwi poprzez wymieszanie jej z tą pochodzenia teutonicznego oraz wprowadzenie wśród rdzennej ludności takich cech jak punktualność, dyscyplina, pracowitość i ogólny porządek. Władze w tamtym czasie liczyły na to, że odrobina genów germańskich wzmocni i ulepszy geny metysów oraz na to, że imigranci niemieccy będą zakładać rodziny z ludnością autochtoniczną, w wyniku czego będą się rodzić dzieci o blond włosach i błękitnych oczach. I tak się stało na przykład w takich miastach jak Valdivia i Osorno, gdzie do dziś istnieją istne kolonie niemieckie zachowujące swe tradycje i ubierające się w typowe dla XIX-wiecznych Niemiec stroje (widok raczej komiczny).

Druga fala niemieckiej emigracji dotarła do Chile po II wojnie światowej (dlatego jeszcze ostatnich żyjących hitlerowców można spotkać właśnie tutaj).

Anglicy

Również w XIX wieku do Chile przybyli liczni Anglicy, którzy nie potrzebowali wiele czasu na to, aby przejąć kontrolę nad transportem morskim i kolejami oraz nad wieloma transakcjami typu import-export. Niektórzy z ich potomków, którzy do dziś mieszkają w Chile i mają zaledwie resztki angielskiej krwi w żyłach (pozostałość po pradziadkach) i którzy może nawet nigdy nie postawili swej stopy w Anglii (lecz nazywają ją «home») są bardzo dumni z tego, że mówią po hiszpańsku z obcym akcentem oraz z tego, że czytają prasę angielską (która jeszcze niedawno dochodziła do Chile z dużym opóźnieniem).

W zasadzie można powiedzieć, że Chilijczycy lubią Niemców za piwo i würstel, ale w rzeczywistości starają się imitować Anglików. Albo inaczej: uważają się za Anglików Ameryki Południowej. Oto przykład: w 1982 roku Chilijczycy zamiast wesprzeć swoich sąsiadów (Argentynę) w wojnie o Falklandy, wsparli Anglików i od tamtej chwili pani minister Margaret Thatcher stała się serdeczną przyjaciółką generała Pinocheta.

Inne nacje w Chile

Oprócz Niemców, Anglików, Arabów, Żydów, Hiszpanów (najwięcej ich przyjechało po zakończeniu wojny domowej w Hiszpanii) i Włochów dotarli do Chile również emigranci z Europy Środkowej. W większości byli to naukowcy, odkrywcy, profesorowie akademiccy, czasem nawet prawdziwi geniusze (Domejko). Jedyne co mnie zastanawia i nie daje spokoju jest to, że starsze pokolenie Chilijczyków zwykło nazywać imigrantów z krajów, które leżą na wschód od Berlina „iugoslavi”, jako że „slavi” to Słowianie. Ale dlaczego Polacy czy Czesi mieli by być od razu „iugoslavi”? W każdym razie dzisiaj już z takim brakiem rozróżnienia można się spotkać raczej rzadko. Tym bardziej od czasów Wałęsy i Jana Pawła II Polska nabrała takiej wyrazistości, że trudno by ją było wsadzić do jednego worka razem z innymi „iugoslavi”.

Podsumuję więc tylko, że przyjemnie jest być obcokrajowcem w Chile. Ale podkreślam: obcokrajowcem tylko z niektórych krajów.

PS. Sama nie odważyłabym się na tak ostrą krytykę kraju, który niezwykle lubię i którego mieszkańców cenię. Tekst napisałam na podstawie książki Isabel AllendeIl mio paese inventato” (wyd. włoskie). W Polsce ta książka jeszcze nie została przetłumaczona. W oryginale ukazała się w 2003 roku.