Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Chile en el corazón

fotografia Louisa Stettnera


“Chile w sercu” – taki jest tytuł albumu zdjęć Louisa Stettnera, fotografa urodzonego w Stanach Zjednoczonych, dziś mieszkającego w Paryżu.
Podczas swoich dwóch podróży do Chile, w latach 2000 – 2001, Stettner udokumentował na kliszy codzienność w Santiago i w Valparaiso, pozostawiając inspirujący obraz zwykłych ludzi, czyścibutów, ulicznych sprzedawców, pracowników przydrożnych barów czy psów śpiących w cieniu kamiennic. Dokument nie upiększający rzeczywistości, lecz pokazujący ją w swojej zwykłości, w której kryje się cały naturaly urok tego naszego monotonnego życia. Żaden Photoshop, żadne wypudrowane modelki, tylko taka brzydota dnia codziennego – i właśnie ta brzydota wydaje się piękna.


Antonio, czyścibut, Plaza de Armas, Santiago



Dwóch kucharzy, Alameda, Santiago


Valparaiso



Portret studenta, Plaza de Armas, Santiago



Pies śpiący w pobliżu sprzedawcy gazet, Santiago



Zamiatacz ulic, Santiago


Stettner zagląda głeboko w oczy ludziom, których fotografuje. Jego obiektyw z empatią patrzy w twarz Antonia, czyścibuta, który niezliczoną ilość razy widział swe odbicie w pucowanych lakierkach eleganckich mieszkańców Santiago; w oczy studenta, w których można dostrzec nieporzucone jeszcze ideały i młodzieńczy entuzjazm; w bezzębny uśmiech dziewczynki. Uwielbiam te zdjęcia, ich prostotę i gdzieś głęboko ukrytą w nich afirmację prozy życia.


Wszystkie fotografie pochodzą z albumu “Chile en el corazón”,
wydanego przez LOM Ediciones, Santiago 2001.

środa, 9 kwietnia 2008

Body painting z Ziemi Ognistej



Kobiety pomalowane z okazji świętowania Kewanix
podczas ceremonii inicjacyjnej Hain, 1923



Idzie wiosna, cieplej się robi, rozbieramy się z płaszczy i swetrów. Można powoli trochę ciała wystawić na spotkanie ze słońcem! Mniej, wciąż mniej warstw się na siebie zakłada. Już niedługo zacznie się na dobre – słońce, długie dni, opalanie, no i ciało, kult ciała!

A ciało przecież trzeba jeszcze ozdobić, żeby coś wszem i wobec zakomunikować:

własną tożsamość, status socjalny, czy przynależnośc do danej grupy. Tak, jak robili to na przykład przed stu laty Indiane Selk’nam i Yámanas na Ziemi Ognistej.


Rytualne malowanie twarzy


O paru grupach etnicznych zamieszkujących dzisiejsze Chile pisałam już wcześniej. O mieszkańcach wyspy Chiloé, Williche, o Indianach Mapuche z Araukanii, o zamieszkujących północne krańce kraju Atacemeños i Aymara. Ludzie tych etnii żyją po dziś dzień, w przeciwieństwie do Indian Selk’nam, Aónikenk, Kawéskar czy Yámanas, po których pozostała tylko garść fotografii i parę rozpraw naukowych.

Ci ludzie, którzy przez parę tysiącleci żyli spokojnie w tym bardzo nieprzychylnym człowiekowi klimacie na południowym krańcu kontynentu, zostali nazwani przez dziewiętnastowiecznych podróżników i naukowców z Europy “kanibalami”, “dzikimi gorszymi od zwierząt” (Darwin), “najbardziej nędzną grupą ludzką istniejącą na ziemi” (Cook).


Obszary zamieszkałe niegdyś przez Indian
Selk’nam
(zwanych również Ona),
Aónikenk, Kawéskar,Yámanas.


Dopiero wiele lat później, ksiądz i antropolog Martín Gusinde, rozpoczął swoje badania na temat tych etnii, odkrywając ich kosmologię, wysłuchując legend i wierzeń oraz dokumentując ich rytuały.

Jedną z ważniejszych ceremonii była ta związana z inicjacją seksualnych młodych mężczyzn. Podczas tego rytuału, zwanego Hain wśród Indian Selk’nam (a Chéjaus wśród Yámanas) mężczyźni malowali się na różne kolory, wcielając się w ten sposób w duchy przodków. Zamykano wówczas chłopców w specjalnym namiocie i tłumaczono przyczyny dominacji mężczyzn nad kobietami w ich społeczeństwie.





Mężczyźni z plemiania Selk’nam
p
omalowani z okazji świętowania Kewanix
podczas ceremonii inicjacyjnej Hain,
zdj
ę
cia z lat dwudziestych XX w.


Ale taka plastyczna dekoracja ciała nie zawsze wiązała się ze świętowaniem czy ceremoniałami. Wśród niewielu zdjęć, które przetrwały do dziś, można zobaczyć, że wiele kobiet i dzieci z plemienia Yámanas malowało swoje ciała i twarze na co dzień.


Rodzina Selk'nam, 1929.


Z 11 000 Indian zamieszkujących Patagonię dziś nie ostał się nikt. Istnieje jeszcze paredziesiąt osób, które znają języki rdzennych mieszkańców Ziemi Ognistej (np. w języku Kawéskar mówi dziś 20 osób, a w języku Yagán – 7. Dane pochodzą z Conadi – Corporación Nacional Indígena).

W bardzo szybkim czasie europejscy misjonarze i kolonizatorzy doprowadzili do całkowitej zagłady rdzennych mieszkańców Tierra del Fuego: jedną z przyczyn ich wyginięcia była na przykład chęć “ucywilizowania tych dzikich plemion” poprzez zmuszanie ich do noszenia zasłaniających to, co trzeba ubrań przywiezionych z Europy, w kontakcie z którymi Indianie, przyzwyczajeni do smarowania się zwierzęcym tłuszczem, zarażali się nieznanymi wcześniej chorobami.

Główną przyczyną wyginięcia rdzennej ludności był jednak narastający konflikt między nimi, a ludźmi przybyłymi z Europy, którzy postanowili założyć rozległe hodowle owiec na Ziemi Ognistej.

Rozbieżność interesów obu stron doprowadziła do poważnej walki, w której przegrali Indianie (za każdą przyniesioną parę obciętych uszu eropejscy "biznesmeni" płacili pewną stawkę).

Inne “okazy” Indian kolonizatorzy przywozili do Europy i wystawiali w muzeach jako żywe eksponaty.



Podczas rytuału Hain mężczyźni malowali się na różne kolory,
wcielając się w ten sposób w duchy przodków.


Wyobrażacie sobie, że któregoś dnia ktoś zabiera Was jako “okaz” do muzeum za to, że zrobiliście sobie np. tatuaż na przedramieniu…?


A to taki nasz współczesny body painting.

Zdjęcia i niektóre informacje pochodzą z książki “Tierra de Humo. Imágenes Fotográficas 1882/1950 LOM Ediciones 1994
oraz z portalu Memoria Chilena.

środa, 21 listopada 2007

La ciudad de los fotografos



Foto: Ines Pulido


Wczoraj pisałam o spotkaniu z Luisem Navarro, dziś piszę o filmie, w którym go widziałam. „Miasto fotografów” to film o Santiago w czasach dyktatury i o młodych ludziach, którzy swoje aparaty fotograficzne traktowali jak prawdziwą broń. Wychodząc na ulice podczas manifestacji ładowali swoją „broń” dwoma kliszami (na więcej ich nie było stać) i rozpoczynali walkę. Reżyserem filmu jest młody Sebastián Moreno, który stworzył dzieło chóralne, opowieść o ludziach, którzy mieli odwagę dać świadectwo ryzykując wiele.

Wśród fotografów jest wspomniany Luis Navarro, Alvaro Hoppe, Claudio Pérez, Kena Lorenzini oraz wielu innych członków AFI (Stowarzyszenia Fotografów Niezależnych). Każdy z nich ma do opowiedzenia swoją historię, niektórzy nie kryją łez wspomnając przyjaciół, których stracili podczas rządów Pinocheta. Wśród fotografów było także wiele kobiet, nie tylko Chilijek.


Foto: Claudio Pérez


Odkąd zagraniczne media zaczęły interesować się brutalnie tłumionymi manifestacjami, niektóre agencje prasowe postanowiły finansować fotografów ze stowarzyszenia AFI wysyłając im klisze. W ten sposób chilijscy fotoreporterzy nie musieli już zważać na brak materiałów. Często zdarzało się, że w czasie manifestacji wojskowi zmuszali ich do wyciągania kliszy z aparatów. Cały dzień biegania z aparatem na nic.

Lecz w niektórych z nich obudziła się pewna obawa: gwarancją udanego zdjęcia była przemoc, krew, momenty, w których ranni cywile legli na ulicach. W pewnym momencie jednen z fotografów stwierdził, że było to zbyt trudne do przezwyciężenia: udane zdjęcie kosztem nieudzielenia pomocy uczestnikowi manifestacji, który wykrwawiał się po silnym kopnięciu policjanta. Wtedy przestał fotografować. Wkrótce potem stracił swojego przyjaciela fotografa podczas jednej z ulicznych zamieszek.


Foto: Alvaro Hoppe


Film Moreno ukazuje środowisko młodych ludzi z pasją, zawziętych i upartych, którzy wybrali artystyczną formę walki z dyktaturą. Wywiady z reporterami przeplatają się z projekcjami zdjęć, rozmowami z osobami fotografowanymi, matkami zaginionych, które do dziś w swych domach zachowują „kapliczki” ze zdjęciami swych synów czy mężów. I nie przestają z nimi rozmawiać nie chcąc uwierzyć w ich śmierć.


Foto: Luis Navarro


wtorek, 20 listopada 2007

Luis Navarro nie chce zapomnieć




I jak tu nie mówić o szczęśliwych zbiegach okoliczności.
Wczoraj byłam na interview w Centro Cultural Estacion Mapocho – centrum kultury, które wyrosło szesnaście lat temu w miejscu, w którym wcześniej istniał główny dworzec kolejowy w Santiago. Podczas rozmowy do pokoju wszedł Luis Navarro – fotograf, który w latach ’70 i ’80 dokumentował swoją Practiką tragiczne losy chilijskich desaparecidos i ich rodzin. Zaczęliśmy rozmawiać na temat Polaków w Chile, a skończyliśmy parę godzin później na temat tortur, których doświadczył w 1981 z rąk wojskowych. W międzyczasie opowiadał o tym, jak zaczął współpracować z Vicaria de la Solidariedad w celu stworzenia archiwum fotografii osób zaginionych lub zamordowanych podczas dyktatury. Zdjęcia te przynosiły mu kobiety, które w niewyjaśnionych okolicznościach straciły swych mężów, ojców, braci czy synów. Na podstawie zebranych dokumentów można było rozpocząć „walkę z zapomnieniem” (la lucha contra el olvido), a także procesy przeciwko przestępstwom reżimu. Praca Luisa Navarro nie spotkała się z poklaskiem wojskowych, którzy zaaresztowali go i poddali ciężkim torturom. Dwa razy próbowano go zabić, ze względu na jego fotografie obnażające okrucieństwa tamtych lat, przedstawiające ciała ludzi, którzy zostali żywcem wrzuceni do betonowej studni na przykład za to, że głosowali na Allende. Na niektórych zdjęciach można zobaczyć dzieci, które na ubrankach mają przyczepione malutkie fotografie rodziców. Pewnie któregoś dnia wyszli z domu i nie wrócili.


Kobieta, która straciła aż pięć osób ze swojej rodziny.




Zdjęcia pochodzą z albumu „La Potencia de la Memoria

(Luis Navarro)

wtorek, 6 listopada 2007

Chile sto lat temu


Na początku tego roku pracowałam przez pewien czas w wydawnictwie LOM Ediciones w Santiago de Chile. Jest to dość specyficzne wydawnictwo zatrudniające sporą grupę ludzi i specjalizujące się w tekstach o charakterze społeczno-politycznym. Jego założycielami są ludzie, którzy podczas dyktatury Pinocheta byli na uchodźstwie we Francji. Po upadku reżimu wrócili do Santiago i postanowili publikować książki, które przez prawie dwadzieścia lat figurowały na czarnej liście – były zabronione przez panujący ustrój. Większość książek ma charakter rozliczeniowy wobec dyktatury, publikowane są teksty odsłaniające mechanizm brudnej władzy Pinocheta. Ale nie tylko. Wydawnictwo zajmuje się także publikowaniem literatury pięknej (głównie chilijskiej i latynoamerykańskiej), poezji, a także albumów z fotografią na bardzo wysokim poziomie. Na przykład jest pewien bardzo ciekawy album zawierający serię zdjęć z końca XIX i początków XX wieku przedstawiających wymarłe od prawie stu lat plemiona selk’nam. Znając politykę Pinocheta wobec ludności rdzennej łatwo się domyślić, że za jego panowania takich albumów by się nie drukowało. Swoją drogą słowo LOM, które jest nazwą wydawnictwa, oznacza w języku plemion yamana lub yagan po prostu „słońce”.

Pamiętam, że któregoś dnia przez przypadek trafiłam do podziemnego archiwum wydawnictwa, gdzie przy zapachu wilgoci i słabej żarówce jarzeniowej natknęłam się na stare pocztówki przedstawiające Chile lat dwudziestych. Od razu przykuł moją uwagę widok kobiet pracujących w fabryce kapeluszy (wykonujących każdy egzemplarz pojedynczo, własnymi rękami, a nie tak jak dziś, gdy jesteśmy zalewani masową produkcją z Chin),

widok kościoła San Francisco przy skrzyżowaniu ulic Alameda i Londres, z eleganckimi samochodami na pierwszym planie i ludźmi przechadzającymi się bez pośpiechu środkiem ulicy, jakby to właśnie była niedziela (i może wtedy dla ludzi niedziela rzeczywiście była dniem odświętnym),

widok ludzi sprzedających jabłka na targu (Santiago, 1928), przy czym dobrze widać, że sprzedający mają ciemny kolor skóry (różnice klasowe i podział pracy ze względu na rasę są niestety do dziś aktualne),

widok pozującej do zdjęcia rodziny (północne Chile), która swym eleganckim strojem, wykrochmaloną białą sukienką ani stylowym kapeluszem nie zakrywa jednak lichego domu, który stoi za jej plecami (wydaje się, że ten dom przy najmniejszym podmuchu wiatru rozsypie się w drobny pył),

widok ludzi stojących na prowizorycznym mostku u wybrzeża jeziora Llanquihue,

i tych spacerujących po porcie (może to Valparaiso?)

oraz widok czterech mężczyzn, z których trzech najprawdopodobniej unowocześnia drogę z Santiago do Carrascal (1921), a ten elegancki mężczyzna z prawej, to najpewniej człowiek nadzorujący ich pracę

i ostatni widok samolotu lecącego nad Santiago, które wówczas nie miało nawet połowy mieszkańców dzisiejszej stolicy. W dole nie widać wysokich oszklonych wieżowców w centrum miasta, tak jak ma to miejsce dzisiaj.

Dużo się chyba zmieniło od tamtego czasu. Przecież minęło prawie sto lat i już rzadko produkuje się tak piękne, ręcznie robione kapelusze i zamawia koszule na miarę u krawca.

(Zdjęcia pochodzą z Archivo Fotográfico de Universidad de Chile; w formie widokówek zostały opublikowane przez wydawnictwo LOM Ediciones).