Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santiago. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Santiago. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2008

Barokowe bibeloty




Ryszard
Kapuściński, "Wojna futbolowa":

"Jesienią roku 1967 wyjechałem na pięć lat do Ameryki Łacińskiej. Moim pierwszym miastem było Santiago de Chile, dziwaczny twór architektoniczny, składający się z miniatury Manhattanu, otoczonej morzem kamieniczek w stylu przewrotnej i kapryśnej secesji hiszpańskiej, z komfortowych i ekskluzywnych dzielnic w rodzaju Los Leones, Apoquindo i Vitacury, oraz nie kończących się drewnianych, szałasowych przedmieść zwanych tutaj callampas, a zamieszkanych przez proletariat, biedotę, a także wszelkie lumpiarstwo. Miałem zawsze Chilijczyków za ludzi spokojnych, łagodnych, a nawet zniewieściałych (w mieście jest mnóstwo zakładów kosmetycznych dla mężczyzn, w których panie robią panom pedicure i malują im paznokcie), dopóki nagle, w dzień po śmierci Salvadora Allende, nie okazało się, że wiele z tych paznokci było wilczymi pazurami. Po przyjeździe do Santiago zgłosiłem się do biura wynajmu mieszkań, w którym otrzymałem plan miasta i odpowiedni spis adresów. Zacząłem teraz wyszukiwać wskazane mi domy i oglądać oferowane do wynajęcia mieszkania. W ten sposób odkryłem zupełnie nie znany mi świat. Właścicielkami tych mieszkań były wiekowe damy, wdowy, rozwódki, stare panny, w czepkach, w etolach, w bamboszach. Po przywtaniu pokazywały nieprawdopodobnie zagracone pokoje, potem wymieniały jakąś fantastyczną sumę pieniędzy, którą należało im się wpłacać jako komorne, a wreszcie podsuwały kontrakt, zawierający, poza warunkami umowy, spis rzeczy znajdujących się w mieszkaniu. Była to gruba księga, opasły tom, który w ściśle paranoicznym sensie mógł stanowić pasjonujący, psychologiczny dokumet o tym, do jakiego szaleństwa może doprowadzić człowieka chciwość i żądza posiadania zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Strona po stronie ciągnął się spis setek, a dalej już tysięcy bezsensownych drobiazgów, kotków, figurek, podstawek, makatek, obrazków, dzbaneczków, oprawek, ptaszków ze szkła, z pluszu, z mosiądzu, z filcu, z plastiku, z marmuru, z wiskozy, z kory, stearyny, satyny, lakieru, papieru, z orzechów, z wikliny, z muszelek, z fiszbinu, z entliczek-pentliczek, z bomby, trąby, hektabomby. Każde z tych mieszkań było szczelnie, pod sufit zapełnione składem tych rupieci, ugniatanym, upychanym kłębowiskiem bubli, gadgetów, hocków-klocków, przy czym najmniejsza nawet bzdurka, mówiły panie, była bezcenną, prześliczną i wzruszającą. Później już zaobserwowałem, że w tych mieszczańskich dzielnicach trwa nieustający obieg nikomu niepotrzebnych rzeczy, że przy każdej okazji otrzymuje się nikomu niepotrzebną rzecz, a zwyczaj nakazuje, aby natychmiast zrewanżować się prezentem w postaci nikomu niepotrzebenej rzeczy, która zostanie postawiona (położona, powieszona) obok innych nikomu niepotrzebnych rzeczy, co po latach zapobiegliwego zbierania (kupowania, zdobywania) zamieni każde mieszkanie w wielki magazyn nikomu niepotrzebnych rzeczy. Później również zauważyłem, że połowa sklepów w tych dzielnicach zajmuje się wyłącznie sprzedażą wszelkich bibelotów, maskotek i chichotek i że jest to wspaniały interes przynoszący krociowe dochody. Po latach wśród Afrykańczyków, dla których [...] jedyną własnością była drewniana motyka, a jedynym pożywieniem zerwany z krzewa banan, ta absurdalna lawina rekwizytów, która zwalała się na mnie po otwarciu każdych drzwi, miażdżyła mnie i zniechęcała. Ratowałem się myślą, że jest to fałszywe wejście w tamten świat, który – tłumaczyłem sobie – musi wyglądać inaczej.

[...] W rzeczywistości jednak mieszkania tych staruszek były tylko chorobliwie i kiczowato wynaturzoną menifestacją tego, co jest kluczem do Ameryki Łacińskiej – a jest nim powszechnie tu rządzący barok. Barok nie tylko jako styl tworzenia i myślenia, ale również jako ogólna nadmiernośći eklektyzm. Wszystkiego tu dużo i wszystko przybiera postać przesadną, wszystko chce się nam narzucić, zaszokować i przytłoczyć. Jak gdybyśmy mieli słaby wzrok, słaby słuch, słaby węch i coś, co wystąpiłoby w formie umiarkowanej i skromnej, zostałoby po prostu nie zauważone. Jeżeli dżungla – to olbrzymia (Amazonia), jeżeli góry – to gigantyczne (Andy), jeżeli równina – to bezkresna (pampa), jeżeli rzeka – to największa na świecie (Amazonka). Ludzie wszelkich możliwych ras i odcieni skóry – biali, czerwoni, czarni, żółci, Metysi, Mulaci. Wszelkie kultury – indiańska, anglosaska, hiszpańska, luzytańska, francuska, hinduska, włoska i afrykańska. [...]Nadmiar bogactwa i nadmiar nędzy. Przez ten świat nie można przejść ze spokojnągłową i obojętnycm sercem [...]."


***

Mój pierwszy pobyt w Ameryce Południowej również zaczęłam od Santiago. Nie był to, jak u Kapuścińskiego, pobyt pięcioletni, ale również zdążyłam zaobserwować parę typowych zjawisk charakterystycznych dla tych spokojnych i łagodnych ludzi. Co prawda nigdy nie natknęłam się na salon kosmetyczny dla mężczyzn, dlatego na pewno nie nazwałabym Chilijczyków zniewieściałymi, ale wszelkiego rodzaju bibeloty zbombardowały mnie zaraz po przekroczeniu progu chilijskiego domu w dzielnicy Providencia. Nie została ona wymieniona przez Kapuścińskiego w szeregu ekskluzywnych dzielnic, bo w rzeczywistości do nich nie należy, lecz zachowuje jeszcze pozory luksusu, a jej mieszczański klimat unosi się w powietrzu i daje wyczuć w grzecznie poustawianych domach jednorodzinnych z wykrochmalonymi firankami w oknach. A za tymi wykrochmalonymi firankami czai się,
tak jak pisał Kapuściński, rój niepotrzebnych nikomu rzeczy (ale tylko z naszej perspektywy są one nikomu niepotrzebne).

Pokój, w którym mieszkałam, pełen był porcelanowych lalek:



Każdy pakunek ma swoją opiekunkę – porcelanową lalkę z ludzkimi włosami.




Na pierwszym planie: koszyk z wielkanocnymi pisankami


były to lalki-Mulatki, lalki-Murzynki, lalki-anglosaskie arystokratki, lalki-Indianki, lalki wszelkiej maści i we wszystkich rozmiarach. Pani domu najbardziej była jednak dumna z prawdziwych ludzkich włosów, którymi mogły się te lalki pochwalić oraz z tego, że każda sukienka była dla nich specjalnie szyta na miarę. Kiedy nastały święta Bożego Narodzenia, lalki wyprowadziły się ode mnie z pokoju i zaludniły przedpokój pilnując świątecznych prezentów. Każdy pakunek miał swoją opiekunkę – porcelanową lalkę z ludzkimi włosami. I była to rzeczywiście barokowa kompozycja, w której obok lalek pani domu poustawiała figurki pana Jezusa (peruwiańskie), figurki Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków (kupione w Australii), a nawet koszyk z wielkanocnymi pisankami przywiezionymi z Polski.


Peruwiańska figurka pana Jezusa



Figurki Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków


Tak mniej więcej wyglądała bożonarodzeniowa kompozycja w pewnym mieszczańskim domu w Providenci. Od wspomnianego przez Kapuścińskiego sześćdziesiątego siódmego roku (a minęły już cztery dekady) niewiele się zmieniło w mentalności pewnych mieszkańców Santiago. Króluje idea baroku, przepychu, nadmiaru, pomieszania z wymieszaniem i chomikowania wszelkiego rodzaju bibelotów.

Ale myślę sobie, że musi być dla tego jakieś wytłumaczenie.

Jeśli kilka razy do roku w Chile trzęsie się ziemia albo jeden z wielu drzemiących wulkanów dostaje niespodziewanej czkawki, wypluwając z siebie zabójcze popioły (o czym pisze na swoim blogu Tierralatina tu i tu), to może takie obsesyjne i paranoiczne zbieractwo jest swego rodzaju zaklęciem, demonstracją tego, że nawet w obliczu grożących niebezpieczeństw, człowiek nie chce żyć prowizorycznie i “na chwilę”, che akumulować wszelkie niepotrzebne rzeczy, żeby oddalić od siebie widmo opuszczania w pośpiechu swojego dobytku. Chowa się za parawanem uzbieranych gratów, żeby zakląć siły natury?

Można też tak sobie to tłumaczyć...

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Gdzie torturowano panią prezydent

Zdjęcia więźniów Villi Grimaldi



Kiedy szukam w Google informacji na temat Villi Grimaldi na liście znalezionych ukazują się dane, których nie spodziewałam się odnaleźć. Otóż Villa Grimaldi jawi się jako czterogwiazdkowy hotel z basenem na Lazurowym Wybrzeżu lub jako rezydencja wybudowana przez królewską rodzinę Monako. Nie tego jednak szukałam.

Zawiedziona informacjami zaproponowanymi przez wyszukiwarkę postanowiłam udać się do Villi Grimaldi osobiście. Lecz nie na samo Lazurowe Wybrzeże, tylko na ulicę José Arrieta w Santiago. Owszem, nawet tutaj jest basen: w tym jednak nie kąpią się turyści. Basen w Villa Grimaldi w Santiago służył w latach siedemdziesiątych do torturowania przetrzymywanych tu więźniów.


Mur, na którym wypisane są nazwiska osób zaginionych lub zamordowanych

Wśród więźniów politycznych, którzy trafili do tego miejsca tortur, znalazła się również matka obecnej pani prezydent, jak również sama Michelle Bachelet (ojciec Michelle, popierający prezydenta Allende, zmarł wskutek tortur w więzieniu w 1974 roku). Liczbę osób, które zostały zamordowane w Villa Grimaldi przez funkcjonariuszy DINA (Dirección de Inteligencia Nacional) szacuje się na 226, a więźniów, którym (tak jak Bachelet) udało się przeżyć – było ponad cztery tysiące. Villa Grimaldi była miejscem idealnym do uczynienia z niej miejsca przesłuchań i tortur: oddalona od centrum, w dzielnicy zamieszkałej przez niewiele osób, otoczona wysokim murem… Ciężarówki pełne młodych aktywistów sprzyjających prezydentowi Allende wjeżdżały przez bramę, której zamknięcie pozbawiało więźniów wszelkiej nadziei na opuszczenie katowni. Metody tortur były następujące:

- wieszanie więźniów do góry nogami na gałęziach drzewa

- umieszczanie więźniów w celach o rozmiarach 1m×1m (3 cm dziurka miała zapewniać dostęp do świeżego powietrza)

- parilla (czyli tzw. grill) – przywiązywanie nagich więźniów do łóżek elektrycznych

- przetrzymywanie więźniów przez czas nieokreślony w bardzo ciasnych pomieszczeniach w wieży, z zalepionymi oczami i bez jedzenia, wśród własnych ekskrementów

- przejeżdżanie po nogach więźniów samochodami

O torturach, jakie stosowano na więźniarkach trudno mi pisać, bo niektóre słowa aż trudno wklepać w klawiaturę (tak jak z trudem przechodzą przez gardło).


Cela dla więźniarek


Może taki cytat odda atmosferę tego miejsca:

"Dzień rozpoczyna się śniadaniem, które zawiera połówkę chleba oraz gotującą się herbatę w metalowym kubku. Popołudniowy posiłek składa się z zupy z skórkami z ziemniaków i kawałków marchewki. Czasami podaje się pozostałości jedzenia agentów, wymieszane pestki oliwek, kawałki ryb i ości. Jest to prawie niemożliwe do przełknięcia. Krzyki i jęczenia i tak odbierają apetyt. Jednak jesteśmy zmuszani do tego. Podczas gdy oni nie przestają wołać ludzi na „parilla” (metoda tortur polegająca na przypiekaniu ludzi), niekończące się przesłuchiwania... Jest to świat kontrastu. Strażnicy grają na gitarze przy akompaniamencie jęków, podczas gdy za rogiem, leżący na podłodze, Manuel Diaz, zwany "El Tano" umiera powoli…" (cytat z “La Guerra Oculta: Detenidos-Desaparecidos”, autorzy: Carmen Ortuzar i Marcela Otero, Revista Hoy. Za: Wikipedia).

Dzisiaj nie pozostało wiele z Villa Grimaldi. Budynki, w których przetrzymywano więźniów zostały zniszczone, obecnie można zobaczyć tylko fundamenty, ale i tak dzięki nim można dowiedzieć się jakich rozmiarów były cele. W 1997 roku utworzono na zgliszczach Villi Park Pokoju w celu uczczenia wszystkich tych, którzy znaleźli się tu wbrew swojej woli w latach 1973 – 1978. Można tu teraz zobaczyć fotografie osób zamordowanych lub zaginionych, mur, na którym wypisane są nazwiska tych osób oraz placyk pełen róż symbolizujących wszystkie torturowane tu kobiety (a wśród nich Michelle Bachelet).


placyk pełen róż symbolizujących wszystkie torturowane tu kobiety


Ojciec Michelle Bachelet był generałem lotnictwa, który w 1973 po zamachu stanu Pinocheta został osadzony w więzieniu pod zarzutem zdrady kraju. Zmarł w wyniku tortur w marcu 1974. W Villi Grimaldi znalazła się również jej matka i sama Bachelet. Wypuszczone w 1975, zdecydowały się wyjechać do Australii.

Na zdjęciu od lewej: Halina, Ewa Wójciak, ja i Michelle Bachelet

(zdj. Jacek Kobra)

(Dziękuję aktorom Teatru Ósmego Dnia!)

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Kontrasty życia pozagrobowego





Główny cmentarz w Santiago jest dla mnie metaforą tego miasta, jego miniaturą oddającą z wielką siłą kontrasty społeczne, których nie da się tu nie zauważyć już na pierwszy rzut oka.

Jest miniaturą miasta, ponieważ w kwadrans można pokonać dystans dzielący martwych bogatych od martwych biednych (ale czy samym martwym robi to jakąś różnicę?).



Mauzoleum w eleganckiej części cmentarza:
czy tu spoczywa Tutanchamon?


Grób czy prywatny zamek?



Część cmentarza, w której spoczywają majętni mieszkańcy miasta wygląda jak muzeum: style architektoniczne mauzoleów mieszają się ze sobą wśród cienistych alejek: mauzoleum w stylu gotyckim sąsiaduje z innymi w stylu egipskim, renesansowym, neoklasycznym; figury płaczących aniołów stoją niedaleko posągów sfinksa... No cóż, czy można komuś zabronić, by postawił sfinksa na straży zmarłego? Przecież zmarłym się nie odmawia.
Widać w tym wszystkim zachwyt tym, co europejskie, wyrafinowane, „wysokie” i gustowne. Takie też są domy wielu zamożnych mieszkańców Santiago: meble jakby wyciągnięte z jakiegoś francuskiego muzeum, fotele w stylu Ludwika XIV, nieważne już jest czy meble te są, czy nie są z tej samej bajki (epoki), ważne, żeby pachniało Europą. Tak też trochę wygląda bogata część cmentarza. Jest po prostu bardziej europejsko niż w samej Europie. Co z pewnością cieszy snobistyczną klasę zamożnych w Chile. Nazwiska osób pochowanych w ogromnych mauzoleach też najczęściej nie są chilijskie, tylko francuskie, włoskie, niemieckie. Można zatem sobie wyobrazić, że europejska emigracja miała się tu dobrze (i chyba ma się do dziś), skoro większość z nich spoczywa w grobach o rozmiarach, jakich nie powstydziłyby się jednorodzinne domy.

No ale przespacerujmy się kawałek dalej... Wszystko jest piękne, dostojne i eleganckie, ale tylko do pewnego momentu, kiedy nie przekroczy się granicy (czyli muru, w którym również pochowani są zmarli, ale ci już w systemie szufladkowym, bardziej oszczędnie), za którą pojawia się cmentarz biednych.

Ten z kolei przypomina bardziej zgliszcza po występie objazdowej grupy cyrkowej. Zdumiewa kolorystyka tej części cmentarza, która kontrastuje z dystyngowaną szarością dzielnicy bogatych zmarłych.

Estetyka ludu: kolorowo ubrane choinki świąteczne, flagi ulubionych klubów piłkarskich, maskotki, lalki, świecidełka, kolorowe wiatraki, srebrzyste łańcuchy i ozdoby choinkowe, plastikowe kwiaty, których wyblakły kolor może być tylko znakiem, że kiedyś z pewnością wyglądały „jak żywe”.
Estetyka kiczu, choć trochę nie wypada nazywać tego kiczem, bo za dużo w tym smutku i nostalgii. Intensywność kolorów, jak na bazarze, albo podczas przedstawienia cyrkowego, a jednocześnie cmentarna cisza i żal po utracie bliskich. Może to jakoś ze sobą nie współgra, ale efekt jest zdumiewający: trochę jakby widzieć płaczące dziecko podczas wygłupów clowna.


Cmentarna estetyka ludu



W tej biednej części cmentarza znajduje się również grób Victora Jary, piosenkarza zamordowanego przez juntę w kilka dni po zamachu stanu, Violety Parry, słynnej chilijskiej pieśniarki, nawet taki komunista jak Pablo Neruda znalazł się tu przypadkiem, ale w parę lat po śmierci jego zwłoki przeniesiono do grobu przy jego domu w Isla Negra (podobno zawsze lubił mieć widok na morze).


Ten oznaczony na czerwono grób to miejsce spoczynku
Victora Jary.

Oczywiście w cmentarnych slumsach.


W tej części cmentarza noblista nie miał widoku na morze.


Cmentarz, Santiago w miniaturze: jego kontrasty, jego dwa osobne światy: bogatych i biednych, którzy żyją zupełnie obok siebie, jednak niewiele o sobie wiedzą nawzajem. I tak, jak za życia biednego nigdy nie będzie stać na wynajęcie czy kupno mieszkania w dzielnicy bogatych, tak nawet po śmierci nie będzie on mógł liczyć na awans klasowy: opłata za grób w eleganckiej części cmentarza zawsze będzie przerastać jego możliwości.


Makabryczna laleczka, ciarki przechodzą po plecach…



Zaszufladkowani



Polski akcent na cmentarzu: grób Ignacego Domeyki,
rektora Uniwersytetu Chilijskiego

środa, 9 stycznia 2008

Teatralna uczta w Santiago (z polskim akcentem)


spektakl "Arka" Teatru Ósmego Dnia
(foto z oficjalnej strony teatru)


Parę dni temu rozpoczął się w Santiago międzynarodowy festiwal teatralny Stgo a Mil! Dla mnie prawdziwa uczta teatralna, i to nie byle jaka, ponieważ:

1) głównym gościem tegorocznej edycji są Włochy z paroma awangardowymi perełkami (np. wczorajszy spektakl Romeo Castellucci – “Br.#04. Bruxelles”)

2) wczoraj na lotnisku w Santiago wylądowały nasze polskie Ósemki, czyli poznański Teatr Ósmego Dnia!

Na wczorajszy spektakl włoskiej grupy z Ceseny nie wszyscy mogli się dostać. Wiele osób z biletami w rękach zostało na wejściowych schodach Muzeum Sztuki Współczesnej (MAC), w którym miał miejsce spektakl. Wśród publiczności nie zabrakło całej śmietanki aktorskiej z santiaskiego Hollywoodu, a nas całkiem przypadkiem kopnął zaszczyt zajęcia miejsc w pierwszym rzędzie: chyba mieliśmy nietęgie miny i zbyt ostentacyjnie wachlowaliśmy się naszymi biletami z powodu zaduchu na sali i najprawdopodobniej organizacja pomyślała, że jesteśmy jakimiś gburami z Europy, więc zaproponowali nam najlepsze miejsca (nie sprawdzili, że mieliśmy zwykłe wejściówki na wolne miejsca. Oto najlepszy przykład na to, że czasem można skorzystać z wielu przywilejów jedynie za kolor skóry, blond włosy i niebieskie oczy – trochę to smunte, ale Chile ma opinię jednego z najbardziej rasistowskich krajów Ameryki Południowej).


Romeo Castellucci – “Br.#04. Bruxelles”


Dziś z kolei zmiana na planie i akcent narodowy: w południe pojechałam na centralny plac Santiago, Plaza de la Constitución, naprzeciwko pałacu prezydenckiego, i zapoznałam się z aktorami teatru Ósmego Dnia, którzy właśnie byli w trakcie montowania wielkiego statku na środku placu. Przed pałacem prezydenckim jak zwykle roiło się od policjantów ubranych w zielone mundury, dziś jednak wyglądało to tak, jakby polska ekipa miała swoją specjalną, uzbrojoną obstawę. W upale wypakowywali części żelaznego statku (głównego elementu scenografii), który przypłynął do Chile drogą morską, lecz nie o własnych siłach, lecz w metalowym kontenerze (podróż statkiem trwała aż trzy tygodnie). Aktorzy pracujący w pocie czoła montując scenografię wzbudzali zaciekawienie wśród spacerujących po centrum Chilijczyków, i to nie tylko ze względu na ogromną instalację, ale także na niezwykle biały kolor torsów aktorów, którzy prężyli się w słońcu. W końcu przylecieli tu dopiero wczoraj wyrywając się ze szponów naszej polskiej zimy.


Aktorzy Ósmego Dnia mają dobrą obstawę


Tak więc po pokazaniu swojego spektaklu plenerowego “Arka” w krajach Europy, Meksyku, Kolumbii, Brazylii, Wenezueli i Korei Południowej, polscy aktorzy dolecieli w końcu także do Chile. W wywiadzie dla dziennika «El Mercurio» (główny dziennik Chile o zabarwieniu prawicowym), Ewa Wójciak, aktorka i dyrektor Teatru powiedziała, że współczesna historia Chile i jej dramatyczne wydarzenia z lat 70-tych są bliskie Polakom, ponieważ jako twórcy spektaklu dostrzegamy w tamtych wydarzeniach pewne analogie do naszej historii. I te analogie zbliżają. "Arka" będzie więc przez godzinę miejscem zetknięcia historii i ludzi, azylem i miejscem spotkań łączącym widzów ze sobą” (na podstawie informacji zamieszczonych na oficjalnej stronie teatru).

Spektakl będzie można obejrzeć w dniach od 10 do 14 stycznia na Placu Konstytucji. Ciekawe jak zostanie odebrany przez tutejszą publiczność. Mam nadzieję, że nie dojdzie w związku z polskim występem do żadnych zamieszek i manifestacji, takich jak te, które miały miejsce parę dni temu, podczas inauguracyjnego przedstawienia grupy teatralnej z Chile. Na scenę ustawioną na tym samym placu, na którym mają grać Ósemki, wtargnęli wówczas manifestujący indianie Mapuche, którzy zakłócili porządek festiwalu, protestując przeciwko policjantom, którzy tego samego dnia rano postrzelili młodego rebelianta Mapuche na południu kraju. Ale o tym zaostrzającym się konflikcie na linii Mapuche – rząd chilijski napiszę jutro.

niedziela, 6 stycznia 2008

Dlaczego lubię Santiago

Jest wiele powodów, dla których każdego dnia zachwycam się tym miastem. Oprócz wielu defektów, które niewątpliwie ma chilijska stolica, jest tu tyle pięknych miejsc, widoków i ludzi, dla których szkoda ją opuszczać.


Po pierwsze, lubię Santiago za to, że w pół godziny drogi samochodem z centrum, można nacieszyć oczy takimi widokami:





Najlepsze w tym wszystkim jest to, że można tak sobie wyskoczyć w sobotni poranek o świcie, połazić po górach, przefiltrować płuca (bo w Santiago można pomarzyć o świeżym powietrzu), odpocząć i już na obiad wrócić do domu. Niesamowite jak dla mnie (pamiętam, że podróż pociągiem z Łodzi w Bieszczady trwała 13 godzin!).


Po drugie, nie przestaje mnie zachwycać wzgórze św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal), z którego rozpościera się szeroka panorama na całe miasto. Wjeżdżanie kolejką na jego szczyt stało się moim niedzielnym nałogiem, tak jak obowiązkowa konsumpcja mote con huesillos (oczywiśccie najlepsze w mieście jest właśnie to, które sprzedają na wzgórzu).




Po trzecie, za pewne przyjemne miejsce, wioskę Dominikanów (El Pueblito de los Dominicos), ze starmi domami, która cudem przetrwała w centrum Santiago, nie dając się zakopać wśród nowopowstających drapaczy chmur. Co prawda jest to teraz centrum berdziej komercyjne, niż religijne, gdzie można zaoptrzyć się w cuda chilijskiego rękodzieła, lecz mimo wszystko coś magicznego pozostało w tym miejscu. Artyści mają tu swoje pracownie, rzeźbiarze rzeźbią, garncarze lepią swoje garnki, tkaczki tkają, starsze panie robią szaliki i czapki na drutach…




Po czwarte, za murales, które zdobią mury domów w centrum miasta. Ponieważ pozwalają mi odczuć, że historię tworzy się na ulicy, że każdy ma prawo głosu, że każdy może wziąć udział w ulicznej dyskusji. Murales są dla mnie wyrazem wolności słowa, która nie jest czymś oczywistym i dostępnym dla każdego (szczególnie w krajach Ameryki Łacińskiej). Są dla mnie również wyrazem pokojowej walki, sposobem na wyrażenie swojej niezgody, swobodną ekspresją, która nie mogłaby mieć ujścia w środkach masowego przekazu (bo za bardzo kontrolowane przez ludzi z jednej partii).




Po piąte, uwielbiam Santiago za upał w grudniu i styczniu, za nowoczesne metro, za ludzi, którzy na każdym rogu ulicy czytają przyszłość z kart Tarota, za rzekę Mapoczo w kolorze zgniłego brązu oraz za to, że tak blisko stąd do Valparaiso.


To tylko przystawka tego, co ma do zaoferowania Santiago. Nie nadeszła jeszcze pora pierwszego i drugiego dania, nie wspominając o deserze. To miasto ma w sobie mnóstwo atrakcji, które można odkrywać powoli każdego dnia, smakując je stopniowo, żeby nie zachłysnąć się nimi zaraz na wstępie.

piątek, 28 grudnia 2007

Don Hernán

don Hernán

Chciałabym poświęcić trochę czasu i uwagi pewnej ciekawej postaci, która nie wpisze się pewnie w kanon sztuki chilijskiej ani nie zostawi po sobie śladu w historii tego kraju, lecz dla mnie pozostanie niezwykle barwną osobą w całej swojej zwykłości. Będzie to bardzo prosta historia bez fajerwerków ani żadnych rewelacji, taki codzienny obrazek z życia Santiago.

Don Hernán jest panem od oprawiania obrazów. Któregoś dnia weszłam do jego pracowni, bo musiałam oprawić pewne zdjęcie i potrzebowałam do tego oryginalnej ramy. Wprawdzie szyld wywieszony przed pracownią wyjaśniał (ostrzegał): „Ramy, sztuka religijna”,


mimo to zapukałam i od chwili, gdy don Hernán otworzył drzwi do swojej świątyni, zrozumiałam, że to, co było napisane na szyldzie nie do końca zgadzało się z tym, czym rzeczywście zajmował się ten człowiek.


Prawdziwą pasją don Hernána było malowanie kobiecych aktów, z których był niezwykle dumny, powtarzając co pewien czas: „to takie pięciominutówki, dla ćwiczenia szybkiej kreski”, albo „ta poza trwała zaledwie dwie minuty, no i proszę zobaczyć jaki efekt!”. Cała pracownia była wypełniona tymi kilkuminutowymi aktami, których don Hernán nie przestawał komentować, opowiadając w międzyczasie o swoich studiach na Akademii Sztuk Pięknych w stolicy, jego artystycznych, młodzieńczych wybrykach i bohemii santiaguińskiej z lat sześćdziesiątych.




Moją uwagę przyciągnęło pewne niedbale rzucone płótno, trochę zakurzone i wyglądające jakby miało zaraz posłużyć za ścierkę do wycierania podłogi, gdyby nie pewien zarys postaci, który można było na nim dostrzec. Don Hernán od niechcenia podniósł z podłogi ten skrawek płótna i zapytał, czy słyszałam kiedyś o Violecie Parra. Nie zrozumiał za bardzo mojego entuzjazmu i szybko mi wyjaśnił, że w połowie 1973 roku przyszedł do jego pracowni pewien dziennikarz, który poprosił go, aby oprawić mu to płótno. Wyjaśnił mu, że było to dzieło Violety Parra, przedstawiające postać Jezusa z przechyloną na prawą stronę głową. Don Hernán wyznaczył dziennikarzowi termin, w którym mógł się on zgłosić po odbiór oprawionego płótna. Ale minęła połowa września, płótno czekało gotowe, a dziennikarz się nie zgłaszał. I już nigdy nie przyszedł po odbiór Jezusa Violety Parry, bo nastąpiło w tym czasie zbyt wiele zmian w historii Chile, o których nie trzeba tu pisać.



W taki oto sposób don Hernán został przez przypadek właścicielem płótna, którego wartości do tej pory nie potrafi ocenić. Moim zdaniem wielu kolekcjonerów z Europy (a szczególnie z Francji, gdzie Parra była bardzo ceniona) zapłaciłoby bardzo duże pieniądze za możliwość kupienia tego dzieła. Ale don Hernán jakoś nie może w to uwierzyć, sam znał Violetę z widzenia i nie wyglądała ona na światową artystkę, której prace mogłyby coś znaczyć w Europie (o jak bardzo się on myli!).

Don Hernán nie zarabia wiele i wydaje się szczęśliwy. Nie ma żyłki przedsiębiorcy i nie chce sprzedać płótna Violety Parra, bo sądzi, że nie znajdzie na to kupca, a poza tym nie ma pojęcia jaką cenę mógłby zaproponować. Z resztą wydaje się, że więcej przyjemności od robienia biznesu przynosi mu szkicowanie szybkich kobiecych aktów.

wtorek, 4 grudnia 2007

Rękodzieło latynoamerykańskie



Południowe Chile


Od paru dni można podziwiać w Santiago chilijskie i latynoamerykańskie rękodzieło. Targi będą trwały jeszcze dwa tygodnie. Oczywiście najwięcej stoisk należy do chilijskich wytwórców, głównie z południa kraju (Regionu Jezior, Wyspy Chiloe, zamieszkałych przede wszystkim przez rdzenną ludność Chile) oraz z północy (rejony pustynne, rękodzieło przypominające bardziej wytwory peruwiańskie).

Gośćmi targów są także inne kraje z Ameryki Łacińskiej: Paragwaj, Kuba, Gwatemala, Ekwador i inne. Z każdym artystą można spokojnie porozmawiać, dowiedzieć się w jaki sposób pracuje i z jakich materiałow korzysta.

Mnie osobiście najbardziej podobały się półmiski z wymion krów, w których można przechowywać np. miód, ręcznie szyte torby ze skóry oraz miniatury starych wozów, które kiedyś jeździły po Santiago. Oto parę zdjęć:



Północne Chile

Talca, torby szyte ręcznie

Ancud, wyspa Chiloe

Południowe Chile


Środkowe Chile (Region Metropolitana)

Środkowe Chile (Region Metropolitana)



środa, 28 listopada 2007

Potargana kochanka Nerudy



Ważną cyfrą w biografii Nerudy jest cyfra 3. Taka jest liczba zarówno jego domów, jak i żon.


Obraz namalowany przez Diego Riverę,
portret Matyldy Urrutia („La Chascony”),
który przedstawia podwójne życie Matyldy:
potajemny związek z Nerudą i jego późniejsze zalegalizowanie.
Po prawej stronie obrazu, wśród loków Matyldy –
ukryty profil poety. Taki był ich związek.



Dwa z jego domów, które można dziś zwiedzać jako muzea znajdują się nad Oceanem Spokojnym: jeden w Isla Negra (i choć nazwę tej miejscowości można przetłumaczyć jako Czarna Wyspa, to nie ma ona jednak nic wspólnego z wyspą), drugi w Valparaiso (dom nosi nazwę La Sebastiana). Trzeci z domów poety znajduje się w Santiago, w dzielnicy Bellavista, niedaleko Wzgórza św. Krzysztofa. Ten dom również ma swoje imię: La Chascona.

W Chile słowo to oznacza tyle, co „potargana”, z włosami w nieładzie, i taka właśnie była Matylda, kochanka Nerudy, który wybudował ten dom, aby móc potajemnie spotykać się z nią, podczas gdy legalnie związany był z argentyńską malarką Delią del Carril. Delia była drugą żoną Pabla i była od niego starsza o 20 lat. Pochodziła z bardzo zamożnej arystokratycznej rodziny, co dla Nerudy wiązało się z otrzymaniem wielu przywilejów. Pod koniec lat czterdziestych Neruda poznał trzecią miłość swego życia – Matyldę Urrutia.

Przez pierwsze lata starali się ukryć swój związek spotykając sie potajemnie w domu, który Neruda ochrzcił imieniem „La Chascona” na cześć Matyldy, która miała bujne kręcone włosy. Kiedy Neruda oficjalnie postanowił zakończyć swój związek z Delią, wprowadził się na stałe do „La Chascony” razem z Matyldą. Dom powstał w 1953 roku, kiedy Dalia miała 69 lat, a Pablo zaledwie 49.

Tak jak pozostałe domy poety, wnętrza „La Chascony” przypominają wnętrza statku. Neruda uwielbiał morze, dlatego też wymyślił sobie, że we własnym domu też powinien czuć się jak na statku: wąskie i małe pokoje, nisko zawieszone sufity, drzwi o takiej wysokości, że aby przez nie przejść należy się schylić w pół, kręcone schody... Tak wygląda pierwsza część „La Chascony”, w której znajduje się jadalnia i sypialnia.

Druga część budynku znajduje się o wiele wyżej. Trzeba przejść schodami przez bajecznie zielony ogród, w którym Neruda zaprojektował labirynty strumieni i oczek wodnych dla stworzenia iluzji, że oto znajdujemy się nad oceanem. Schodami dociera się do drugiej częsci, która z kolei przypomina latarnię morską. W wielkim i eleganckim salonie można rozsiąść się jak król na skórzanej kanapie i podziwiać widok Andów przez ogromne okna (tzn. przynajmniej można było w czasach, kiedy żył w tym domu Neruda, bo dzisiaj już widok nie jest tak ujmujący jak zapewne był przed pięćdziesięcioma laty: szczytów Andów nie widać przez unoszący się nad miastem smog oraz przez potężne wieżowce, które bestialsko wdarły się w architekturę miasta).

Kiedy wychodzi się na taras, który znajduje się tuż przy sypialni Nerudy i Matyldy, można odnieść wrażenie, że jest się na pokładzie statku: wrażenie niestabilności zostało uzyskane dzięki nierównej nawierzchni tarasu. I właśnie taka była idea Nerudy: budzić się i wychodzić na taras, żeby wyglądać horyzontu, jak marynarz na statku.

Jest również trzecia część domu, w której znajduje się salon z kominkiem, sekretarzyk oraz czytelnia, w której Neruda kolekcjonował książki francuskich autorów. Tutaj też można podziwiać dyplom i medal, który został mu wręczony w Szwecji w 1971, kiedy został laureatem Literackiej Nagrody Nobla.

niedziela, 25 listopada 2007

Bogaty Trzeci Świat




Mówi się, że poziom życia w krajach europejskich należy do najwyższych na świecie i na pewno dużo jest w tym prawdy. Lecz nie zawsze poziom życia przeciętnego Polaka jest zbliżony do poziomu życia mieszkańca np. Lukermburga czy Irlandii. Mimo że zwykło się mówić o Chile jak o kraju Trzeciego Świata, wartość Produktu Krajowego Brutto Polski i Chile jest bardzo podobna (PKB per capita, wg PPP: Polska 16 599 USD, Chile 13 745 USD. Dla porównania Luksemburg 87 400 USD, Peru 7 410 USD. Szacowane na 2007 rok). Tak więc bliżej nam do Trzeciego Świata, niż mogłoby się nam wydawać i niż byśmy tego chcieli.

Jednak to, co charakteryzuje kraje Trzeciego Świata, to przede wszystkim nierówna dystrybucja bogactwa. Dlatego też w Chile rzucają się w oczy ogromne dysproporcje w poziomie życia mieszkańców tego kraju. Bogaci Chilijczycy są BARDZO bogaci, a biedni są BARDZO biedni. Tego w Polsce się aż tak bardzo nie widzi, a kontrasty są znacznie mniejsze.

W Santiago bogaci ludzie budują swe domy w ekskluzywnych dzielnicach, z pięknymi ogrodami, basenami, strażnikami, którzy pilnują bezpieczeństwa. W bogatych domach każdy ma swoją (co najmniej jedną) służącą i opiekunkę do dzieci, którymi są Chilijki lub, coraz częściej, Peruwianki, dla których zarobki w Chile są o wiele wyższe niż te w Peru. Kontrasty są ogromne: bogaci rzadko albo wcale spotykają się z biednymi: bogaci mają swoje kluby sportowe i swoje supermarkety, swoje restauracje i szkoły, do których nie mają dostępu ludzie z nizin społecznych. Są to dwa osobne światy, które mają ze sobą niewiele wspólnego i zdaje się, że obydwa funkcjonują w sposób zupełnie niezależny od siebie.

Biedne dzieci chodzą do publicznych szkół, po których mogą sobie tylko pomarzyć o uniwersytecie. Natomiast bogate dzieci chodzą do prywatnych szkół (niemieckich, angielskich itp.), w których miesięczne czesne czasami dochodzi do 1 000 USD. Potem dostają się na prywatne uniwersytety albo nawet wyjeżdżają na studia do Europy lub do Stanów Zjednoczonych. I oczywiste jest, że nigdy nie spotkają się ze swoim rówieśnikiem z biednych dzielnic.


Bogate dzielnice na wschodzie Santiago:
La Reina, Las Condes, Vitacura, Lo Barnechea
.

Z łatwością można zaobserwować jak zmienia się miasto przemierzając je z zachodu na wschód: na zachodzie Santiago znajdują się ubogie dzielnice, do których zaleca się samemu nie wybierać na spacery. Kierując się bardziej na wschód krajobraz zmienia się nie do poznania: nagle ni stąd ni zowąd wyrastają potężne oszklone wieżowce, domy jednorodzinne z pięknymi ogrodami, nagle na ulice wyjeżdżają ekskluzywne jeepy, a w cieniu drzew spacerują z pieskami starsze panie o włosach koloru blond i podejrzanie jasnej karnacji. Jeśli zaczęłoby się rozmowę z taką pania, na pewno pierwszą rzeczą, jaką by uraczyła swego rozmówcę, byłoby dokładne opisanie swojego drzewa genealogicznego, z naciskiem na swój niemiecki lub francuski rodowód i europejskie nazwisko.


Jednym z hobby takich pań jest „REMATE”, czyli aukcje. Czasem majętne rodziny decydują się wystawić na aukcję antyczne meble, obrazy, lampy, fotele w stylu Ludwika XIV, gobeliny, serwisy itp. Wszystko oczywiście przywiezione przez pradziadków z dalekiej Europy, najlepiej z Francji lub Anglii, najlepszej jakości.
Bogaci i starsi mieszkańcy Santiago (zazwyczaj mieszkańcy dzielnicy Providencia oraz innych dzielnic bardziej na wschód od Providenci) lubują się właśnie w takich luksusach. Więc ja też się skusiłam i poszłam na taką aukcję. Oto zdjęcia i dowód na to, jak majętne rodziny żyją sobie w tym biednym kraju Trzeciego Świata: