Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2008

Barokowe bibeloty




Ryszard
Kapuściński, "Wojna futbolowa":

"Jesienią roku 1967 wyjechałem na pięć lat do Ameryki Łacińskiej. Moim pierwszym miastem było Santiago de Chile, dziwaczny twór architektoniczny, składający się z miniatury Manhattanu, otoczonej morzem kamieniczek w stylu przewrotnej i kapryśnej secesji hiszpańskiej, z komfortowych i ekskluzywnych dzielnic w rodzaju Los Leones, Apoquindo i Vitacury, oraz nie kończących się drewnianych, szałasowych przedmieść zwanych tutaj callampas, a zamieszkanych przez proletariat, biedotę, a także wszelkie lumpiarstwo. Miałem zawsze Chilijczyków za ludzi spokojnych, łagodnych, a nawet zniewieściałych (w mieście jest mnóstwo zakładów kosmetycznych dla mężczyzn, w których panie robią panom pedicure i malują im paznokcie), dopóki nagle, w dzień po śmierci Salvadora Allende, nie okazało się, że wiele z tych paznokci było wilczymi pazurami. Po przyjeździe do Santiago zgłosiłem się do biura wynajmu mieszkań, w którym otrzymałem plan miasta i odpowiedni spis adresów. Zacząłem teraz wyszukiwać wskazane mi domy i oglądać oferowane do wynajęcia mieszkania. W ten sposób odkryłem zupełnie nie znany mi świat. Właścicielkami tych mieszkań były wiekowe damy, wdowy, rozwódki, stare panny, w czepkach, w etolach, w bamboszach. Po przywtaniu pokazywały nieprawdopodobnie zagracone pokoje, potem wymieniały jakąś fantastyczną sumę pieniędzy, którą należało im się wpłacać jako komorne, a wreszcie podsuwały kontrakt, zawierający, poza warunkami umowy, spis rzeczy znajdujących się w mieszkaniu. Była to gruba księga, opasły tom, który w ściśle paranoicznym sensie mógł stanowić pasjonujący, psychologiczny dokumet o tym, do jakiego szaleństwa może doprowadzić człowieka chciwość i żądza posiadania zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Strona po stronie ciągnął się spis setek, a dalej już tysięcy bezsensownych drobiazgów, kotków, figurek, podstawek, makatek, obrazków, dzbaneczków, oprawek, ptaszków ze szkła, z pluszu, z mosiądzu, z filcu, z plastiku, z marmuru, z wiskozy, z kory, stearyny, satyny, lakieru, papieru, z orzechów, z wikliny, z muszelek, z fiszbinu, z entliczek-pentliczek, z bomby, trąby, hektabomby. Każde z tych mieszkań było szczelnie, pod sufit zapełnione składem tych rupieci, ugniatanym, upychanym kłębowiskiem bubli, gadgetów, hocków-klocków, przy czym najmniejsza nawet bzdurka, mówiły panie, była bezcenną, prześliczną i wzruszającą. Później już zaobserwowałem, że w tych mieszczańskich dzielnicach trwa nieustający obieg nikomu niepotrzebnych rzeczy, że przy każdej okazji otrzymuje się nikomu niepotrzebną rzecz, a zwyczaj nakazuje, aby natychmiast zrewanżować się prezentem w postaci nikomu niepotrzebenej rzeczy, która zostanie postawiona (położona, powieszona) obok innych nikomu niepotrzebnych rzeczy, co po latach zapobiegliwego zbierania (kupowania, zdobywania) zamieni każde mieszkanie w wielki magazyn nikomu niepotrzebnych rzeczy. Później również zauważyłem, że połowa sklepów w tych dzielnicach zajmuje się wyłącznie sprzedażą wszelkich bibelotów, maskotek i chichotek i że jest to wspaniały interes przynoszący krociowe dochody. Po latach wśród Afrykańczyków, dla których [...] jedyną własnością była drewniana motyka, a jedynym pożywieniem zerwany z krzewa banan, ta absurdalna lawina rekwizytów, która zwalała się na mnie po otwarciu każdych drzwi, miażdżyła mnie i zniechęcała. Ratowałem się myślą, że jest to fałszywe wejście w tamten świat, który – tłumaczyłem sobie – musi wyglądać inaczej.

[...] W rzeczywistości jednak mieszkania tych staruszek były tylko chorobliwie i kiczowato wynaturzoną menifestacją tego, co jest kluczem do Ameryki Łacińskiej – a jest nim powszechnie tu rządzący barok. Barok nie tylko jako styl tworzenia i myślenia, ale również jako ogólna nadmiernośći eklektyzm. Wszystkiego tu dużo i wszystko przybiera postać przesadną, wszystko chce się nam narzucić, zaszokować i przytłoczyć. Jak gdybyśmy mieli słaby wzrok, słaby słuch, słaby węch i coś, co wystąpiłoby w formie umiarkowanej i skromnej, zostałoby po prostu nie zauważone. Jeżeli dżungla – to olbrzymia (Amazonia), jeżeli góry – to gigantyczne (Andy), jeżeli równina – to bezkresna (pampa), jeżeli rzeka – to największa na świecie (Amazonka). Ludzie wszelkich możliwych ras i odcieni skóry – biali, czerwoni, czarni, żółci, Metysi, Mulaci. Wszelkie kultury – indiańska, anglosaska, hiszpańska, luzytańska, francuska, hinduska, włoska i afrykańska. [...]Nadmiar bogactwa i nadmiar nędzy. Przez ten świat nie można przejść ze spokojnągłową i obojętnycm sercem [...]."


***

Mój pierwszy pobyt w Ameryce Południowej również zaczęłam od Santiago. Nie był to, jak u Kapuścińskiego, pobyt pięcioletni, ale również zdążyłam zaobserwować parę typowych zjawisk charakterystycznych dla tych spokojnych i łagodnych ludzi. Co prawda nigdy nie natknęłam się na salon kosmetyczny dla mężczyzn, dlatego na pewno nie nazwałabym Chilijczyków zniewieściałymi, ale wszelkiego rodzaju bibeloty zbombardowały mnie zaraz po przekroczeniu progu chilijskiego domu w dzielnicy Providencia. Nie została ona wymieniona przez Kapuścińskiego w szeregu ekskluzywnych dzielnic, bo w rzeczywistości do nich nie należy, lecz zachowuje jeszcze pozory luksusu, a jej mieszczański klimat unosi się w powietrzu i daje wyczuć w grzecznie poustawianych domach jednorodzinnych z wykrochmalonymi firankami w oknach. A za tymi wykrochmalonymi firankami czai się,
tak jak pisał Kapuściński, rój niepotrzebnych nikomu rzeczy (ale tylko z naszej perspektywy są one nikomu niepotrzebne).

Pokój, w którym mieszkałam, pełen był porcelanowych lalek:



Każdy pakunek ma swoją opiekunkę – porcelanową lalkę z ludzkimi włosami.




Na pierwszym planie: koszyk z wielkanocnymi pisankami


były to lalki-Mulatki, lalki-Murzynki, lalki-anglosaskie arystokratki, lalki-Indianki, lalki wszelkiej maści i we wszystkich rozmiarach. Pani domu najbardziej była jednak dumna z prawdziwych ludzkich włosów, którymi mogły się te lalki pochwalić oraz z tego, że każda sukienka była dla nich specjalnie szyta na miarę. Kiedy nastały święta Bożego Narodzenia, lalki wyprowadziły się ode mnie z pokoju i zaludniły przedpokój pilnując świątecznych prezentów. Każdy pakunek miał swoją opiekunkę – porcelanową lalkę z ludzkimi włosami. I była to rzeczywiście barokowa kompozycja, w której obok lalek pani domu poustawiała figurki pana Jezusa (peruwiańskie), figurki Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków (kupione w Australii), a nawet koszyk z wielkanocnymi pisankami przywiezionymi z Polski.


Peruwiańska figurka pana Jezusa



Figurki Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków


Tak mniej więcej wyglądała bożonarodzeniowa kompozycja w pewnym mieszczańskim domu w Providenci. Od wspomnianego przez Kapuścińskiego sześćdziesiątego siódmego roku (a minęły już cztery dekady) niewiele się zmieniło w mentalności pewnych mieszkańców Santiago. Króluje idea baroku, przepychu, nadmiaru, pomieszania z wymieszaniem i chomikowania wszelkiego rodzaju bibelotów.

Ale myślę sobie, że musi być dla tego jakieś wytłumaczenie.

Jeśli kilka razy do roku w Chile trzęsie się ziemia albo jeden z wielu drzemiących wulkanów dostaje niespodziewanej czkawki, wypluwając z siebie zabójcze popioły (o czym pisze na swoim blogu Tierralatina tu i tu), to może takie obsesyjne i paranoiczne zbieractwo jest swego rodzaju zaklęciem, demonstracją tego, że nawet w obliczu grożących niebezpieczeństw, człowiek nie chce żyć prowizorycznie i “na chwilę”, che akumulować wszelkie niepotrzebne rzeczy, żeby oddalić od siebie widmo opuszczania w pośpiechu swojego dobytku. Chowa się za parawanem uzbieranych gratów, żeby zakląć siły natury?

Można też tak sobie to tłumaczyć...

niedziela, 6 kwietnia 2008

Biskup pozwoli na wyjazd do Chile



Portret Inés de Suarez
autor: José Mercedes Ortega Pereira



Wyobraźcie sobie, że o Waszym wyjeździe do Chile miałyby decydować nie wolny czas ani fundusze, tylko autoryzacja biskupa... Koszmar, a jednak tak było.
Mniej więcej pięćset lat temu, w czasach podboju Nowego Świata.


Historia konkwisty Ameryki Południowej jest napisana językiem mężczyzn. Bohaterami są dzielni hiszpańscy żołnierze, którzy bez cienia strachu, krok po kroku, zdobywają kolejne, co raz to bardziej rozległe tereny Nowego Świata. Ani słowa o kobietach, oczywiście z wyjątkiem opisów pięknych i dzikich Indianek, które wpadają w szpony konkwistadorów jak śliwki w kompot. Konkwista, walki, marzenia o El Dorado, zbroje, konie, napady, gwałty i krew - w taki scenariusz w ogóle nie wpisują się kobiety, które czekają cierpliwie w swych domach na wojujących i niewiernych mężow, haftując i mieszając w garnkach.

Ale jest jedna kobieta, która zaistniała w tym męskim świecie, założyła spodnie, dosiadła konia i ruszyła na podbój Chile. I choć podobno historycy tamtych czasów nie poświęcili jej wiele uwagi, wspominając o niej w dwóch czy trzech linijkach swoich kronik, to jednak ostatnio Inés de Suarez wyszła z cienia i z postaci marginalnej stała się postacią z okładki. A to za sprawą przedostatniej książki Isabel Allende “Inés del alma mía”.

Jej mąż opuścił spokojną wioskę na zachodzie Hiszpanii w poszukiwaniu złota, wyruszył do Panamy, po czym słuch o nim zaginął. Inés wkrótce znudziła się czekaniem i również wyruszyła w podróż, lecz nie w poszukiwaniu złota, lecz zaginionego męża. Nie znalazła go ani w Panamie ani w Wenezueli, a po paru miesiącach znalazła się w Cuzco. Tam dowiedziała się, że jej mąż zginął w bitwie, a wkrótce potem poznała bardzo abmitnego wojownika, jej przyszłego kochanka i założyciela Santiago, Pedro de Valdivię.

Aby móc wyjechać wraz z Pedrem na podbój Chile, Inés musiała uzyskać pozwolenie na piśmie od Francisca Pizarra oraz od biskupa. Prosząc o pozwolenia na wyjazd musiała zadeklarować, że jest wdową po hiszpańskim żołnierzu oraz ma zdolności wykrywania wody płynącej pod ziemią, co było bardzo istotne w perspektywie konieczności pokonania najbardziej suchej pustyni na świecie – Pustyni Atacama. Pizarro i biskup łaskawie wyrazili zgodę: Inés wyruszyła z Pedrem w kierunku dzikich i prawie nieznannych ziem dzisiejszego Chile. W 1541 roku dotarli do doliny Mapocho i tam założyli Santiago de Nueva Extramadura.

O tym głównie opowiada Allende w swojej książce.


Pedro de Valdivia, kochanek Inés de Suarez i założyciel Santiago


Nie mogę się doczekać, kiedy zostanie ona przetłumaczona na polski... Bardzo chciałabym zobaczyć kampanię reklamową “Inés del alma mía” w naszym kraju. Jeśli polscy wydawcy nie zdecydują się na zmianę okładki, może na naszych ulicach zawisną takie ocenzurowane plakaty, jak miało to miejsce w przypadku promocji książki Paolo Coelho “Czarownice z Portobello”.


Od lewej: oryginalna okładka książki
oraz jej reklama na przystanku tramwajowym we Wrocławiu.

Kiedy przetłumaczą Allende na język polski…


Taka jest chyba specyfika naszego kraju. Pruderyjność i lęk przed poruszaniem niewygodnych dla zwolenników Radia Maryja tematów. I taką mamy już opinię, nie tylko w Europie, ale nawet w Chile, w którym może raz na rok pojawi się w gazecie jakaś pospiesznie napisana notka o Polsce, która nie przyciągnie uwagi większości czytelników. No, pod warunkiem, że nie będzie to notka o zakazie rozmów na temat homoseksualizmu w polskich szkołach i na polskich uniwersytetach.

Tak się akurat składa, że niedawno natknęłam się na pewien artykuł, który pojawił się w marcu zeszłego roku w chilijskiej prasie. Polska jawi się w tym artykule jako kraj, w którym pali się na stosie czarownice i książki zakazane przez inkwizycję. W takiej atmosferze mogę się tylko cieszyć, że przed wyjazdem do Chile nie musiałam prosić o pozwolenie biskupa.



"La Tercera" z 21 marca 2007
Kliknij, żeby powiększyć i przeczytać, co o nas piszą…


środa, 19 marca 2008

Habla Moscú, Escucha Chile





Teraz sprzedam ci ją za trzy tysiące pesos, ale sama zobaczysz, że jak za parę dni biedak umrze, to i ceny jego książek od razu pójdą w górę.” Tak przekonywał mnie sprzedawca na pchlim targu, kiedy zauważył, że spod sterty używanych książek wyciągnęłam “Noches de radio” (“Radiowe noce”) Volodii Teitelboim.

Rzeczywiście, przez ostatni tydzień stycznia nawet prawicowy dziennik “El Mercurio” nie przestawał publikować na pierwszych stronach artykułów o wciąż pogarszającym się stanie zdrowia tego pierwszoligowego chilijskiego marksisty.

Pamiętam również zdjęcie przedstawiające zabawnego staruszka, oprawione w elegancką ramę i wiszące na korytarzu wydawnictwa LOM Ediciones w Santiago, które publikowało jego książki. Tak, zdjęcie Teitelboima wisiało razem z innymi fotografiami współczesnych pisarzy chilijskich współpracujących z wydawnictwem: José Miguel Varas, Francisco Coloane i innych. Teraz dopiero to sobie przypominam.

Drugi tom udało mi się zdobyć nie wydając ani jednego peso: przechodziłam niedaleko wydawnictwa (przystanek metra La República, przy ulicy Concha y Toro) i weszłam na chwilę, żeby przywitać się z ludźmi, z którymi pracowałam w zeszłym roku. No i na pożegnanie Jorge wcisnął mi do plecaka drugi tom “Noches de radio”, bo akurat na składzie było tego dużo, a do tego jeden egzemplarz lekko przybrudzony, więc nie mógł już iść na sprzedaż.

W ten oto sposób jestem w posiadaniu dwóch bardzo ciekawych książek świętej pamięci Teitelboima, który, jak przepowiedział sprzedawca na pchlim targu, umarł w ostatni dzień stycznia.


Noches de radio” to zapis nocnych audycji,
które Teitelboim wysyłał w eter w latach 1973 – 1988.


We wrześniu 1973 Teitelboim przebywał we Włoszech i mimo swych zadeklarowanych szczerych chęci nie mógł wrócić do Chile. Wyjechał do Moskwy i rozpocząl swoją radiową misję: na początku codziennie, potem dwa razy w tygodniu, o drugiej nad ranem radzieckiego czasu (co odpowiadało mniej więcej godzinie dziewiątej wieczorem w Chile) nadawał swoje audycje. Z początku nie wiedział nawet, czy ktokolwiek go słucha. Z czasem zaczął otrzymywać komunikaty, że owszem, ludzie słuchając jego programu “¡Escucha Chile!” (“Słuchaj Chile!”) ryzykują wiele, lecz mimo wszystko wieczorami zbierają się wokół odbiorników radiowych i nastrajają fale na Radio Moskwa.

A on organizował pomoc z zewnątrz, szukał poparcia wśród europejskich polityków, siał propagandę anty-pinochetowską, wyliczał zaginionych i zamordowanych opozycjonistów w Chile, obnażał cały brud i bestialstwo, które rozpętało się w jego kraju po wrześniowym przewrocie.

Był emisariuszem pokrzywdzonych, jako jeden z niewielu mógł głośno krytykować i wytykać błędy; nikt z ludzi mieszkających w Chile nie miał tyle swobody i nikt nie mógł na głos się skarżyć. Teitelboim przed nieruchomym mikrofonem w rozgłośni Radia Moskwa mógł sobie na to wszystko pozwolić, nikt mu nie zagrażał, nikt nie kierował w jego stronę naładowanego karabinu.


Zdjęcie z portalu Memoria chilena


Pod koniec lat siedemdziesiątych zaczął również wydawać pismo “Araucaria de Chile”, publikowane w Paryżu i w Madrycie. Pismo to stało się miejscem debat intelektualistów i artystów latynoamerykańskich, którzy w tamtym czasie żyli na uchodźctwie (wśród nich byli Chilijczycy – José Miguel Varas, Francisco Coloane, Antonio Skármeta, Argentyńczycy – Julio Cortázar i Ernesto Sábato, Urugwajczycy – Eduardo Galeano, Mario Benedetti i Kolumijczyk Gabriel García Márquez).


Zdjęcie z portalu Memoria chilena


W ten sposób był obecny, co prawda nie ciałem, tylko duchem, lecz można sobie wyobrazić, że taka obecność Teitelboima i jego głosu w odbiornikach radiowych mogła dodawać otuchy. Tak jak kiedyś w Polsce z drżeniem serca słuchano informacji nadawanych przez Radio Wolna Europa.




A tu dziesięciominutowy film nagrany w 2004 roku. Ludzie mieszkający w Chile nie mieli dostępu do rzetelnych informacji, dlatego z niecierpliwością oczekiwali na program Teitelboima.
To własnie on, na niecenzurowanym, podawał dane dotyczące zaginionych i zamordowanych. Łatwo sobie wyobrazić, że chilijskie media w czasie dyktatury nie miały tyle swobody, co mieszkający w Moskwie Volodia. O tym właśnie jest ten krótki film.



Volodia Teitelboim wczoraj obchodziłby swoje 92. urodziny. Urodził się w Chillán, na południe od Santiago. Jego rodzice (ojciec pochodził z Ukrainy, matka z Mołdawii) nazwali go co prawda Valentín, ale on postanowił nazywać się Volodia – na cześć Lenina. Był członkiem Chilijskiej Partii Komunistycznej, senatorem, deputowanym, adwokatem, pisarzem, kryrtykiem literackim, wreszcie – spikerem radiowym.

Na język polski została przetłumaczona jego książka “La Semilla en la Arena. Pisagua” z 1957 roku.

poniedziałek, 18 lutego 2008

Pisarze na export

Większość pisarzy chilijskich, którym udało się zyskać sławę poza granicami Chile, nie napisała swych głównych dzieł literackich we własnym kraju. Pisarze, których książki można znaleźć w księgarniach w Singapurze, Rzymie lub Warszawie, tacy jak Antonio Skármeta, Isabel Allende czy Luis Sepúlveda, po 1973 roku (w którym obalono socjalistycznego prezydenta Salvadora Allende) nie darzyli sympatią chilijskiego rządu. Większość z nich zdecydowała się na emigrację, jedni dobrowolnie, drudzy przymusowo, każdy z nich znalazł swój drugi dom jeśli nie w Europie, to w Stanach Zjednoczonych czy innych krajach Ameryki Południowej. Każdy z nich otwarcie sprzeciwstawiał się militarnym rządom generała Pinocheta.

Chile jest dość specyficznym krajem jeśli chodzi o rozwój narodowej kultury. Prawie wszyscy artyści byli opozycjonistami lub uchodźcami politycznymi podczas niespełna dwudziestoletniej dyktatury. Sytuacja ta przypomina nieco naszą polską scenę artystyczną, jeśli pomyśli się o takich reżyserach jak np. Kieślowski czy Polański. Również ich największe dzieła powstały dopiero za granicą.



  • José Donoso (ur. w 1924 r. Od 1967 do 1981 przebywał na emigracji w Hiszpanii, a w 1973 roku, po zamachu stanu, ogłosił się uchodźcem politycznym), autor książek: “Ta niedziela”, “Miejsce bez granic”, “Plugawy ptak nocy”, “Moja osobista historia boomu”, “Ogród tuż obok”.

  • Antonio Skármeta (ur. w 1940 r. Po zamachu stanu dobrowolnie opuścił Chile wraz ze swą rodziną, zamieszkał w Niemczech), autor książek “Taniec Victorii”, “Listonosz Nerudy”, “Ślub poety”. Jego książki doczekały się tłumaczeń na 28 języków.

  • Isabel Allende (ur. w 1942 r. W dwa lata po obaleniu rządów Salvadora Allende, jej wuja, wyemigrowała do Wenezueli, obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych), autorka takich bestsellerów jak “Dom duchów”, “Miłość i cienie”, “Ewa Luna”, “Opowieści Ewy Luny”, “Niezgłębiony zamysł”, “Paula”, “Afrodyta”, “Córka fortuny”, “Portret w sepii”, “Miasto bestii”, “Zorro”. Jej książki można przeczytać w 35 róznych językach.

  • Luis Sepúlveda (ur. w 1949 r. Po zamachu stanu w 1973 r. aresztowany i skazany na 28 lat więzienia. Został zwolniony po odsiedzeniu trzech i wygnany z kraju. Obecnie mieszka w Hiszpanii), autor książek “O starym człowieku, co czytał romanse”, “Podróż do świata na końcu świata”, “Dziennik sentymentalnego killera; Kajman”, “Express Patagonia”, “Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać”, “Przegapienia”. Jego książki zostały przetłumaczone na ponad 40 języków.

  • Marcela Serrano (ur. w 1951 r. W 1973 r. z powodów politycznych wyemigrowała do Włoch), autorka książek “Meksykańska szarada”, “Antigua, moje życie” oraz wielu innych, które do tej pory nie ukazały się w polskiej wersji językowej (np. “El albergue de las mujeres tristes”, “Nuestra señora de la soledad”, “Un mundo raro”). Jej książki można przeczytać w 14 językch świata.

  • Roberto Bolaño (ur. w 1953 r., zm. w 2003 r., Po zamachu stanu w 1973 r. został aresztowany, ale w więzieniu spędził tylko kilka dni. Wyjechał do Meksyku, potem do Europy. Pod koniec lat siedemdziesiątych zamieszkał na stałe w Hiszpanii.) - w Chile wszyscy czytają jego książki “Los detectives salvajes” i “2666”, te jednak nie doczekały się jak dotychczas tłumaczenia na język polski. W Polsce można przeczytać:“Chilijski nokturn”, “Gwiazdę daleką” iMonsieur Pain”.

środa, 23 stycznia 2008

Realizm nie taki znów magiczny




Film Raúla RuizaDias de campo” jest dla mnie ciekawym odkryciem. Tak jak Krzysztof Kieślowski, Raúl Ruiz stworzył swoje najlepsze filmy we Francji, tak jakby w Chile nie mógł do końca rozwinąć skrzydeł. Większość jego filmów to koprodukcje europejskie, w swoim kraju nie jest tak ceniony jak we Francji czy we Włoszech. W Polsce jest znany przede wszystkim jako reżyser “Klimta” i “Czasu odnalezionego” na podstawie ostatniego tomu “W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta.

W 2004 roku niespodziewanie Ruiz wyreżyserował film jak najbardziej chilijski: z chilijską obsadą, chilijską scenerią, chilijską historią w tle. I przede wszystkim z chilijską atmosferą, która dla mnie jest magiczną esencją filmu “Dni na wsi”. Atmosferę tę tworzą takie postaci jak włóczący się gaucho, para tańcząca kuekę na łące, pisarz, który nosi się z zamiarem napisania powieści, lecz wciąż nie może uporać się z pierwszym zdaniem…


kadr z filmu “Dias de campo

Wyobraźcie sobie taki powolny rytm filmu:

Posiadłość ziemska zamożnego Chilijczyka don Fernando, który żyje sam usiłując napisać książkę.

Duży ogród, w którym pojawiają znikąd nikomu nieznane osoby: postrzelony przed laty sąsiad przechadzający się po posiadłości, za którym włóczą się psy, a służba bezskutecznie próbuje go przegonić wymachując miotłą. Wieśniak, którego nikt nie zapraszał, pojawia się w ogrodzie w swoim typowym wiejskim poncho, żeby równie niepostrzeżenie zniknąć. Człowiek, który przyśnił się właścicielowi ziemskiemu w nocy, nagle postanawia mu się ukazać również na jawie.

Takie postaci ze snu, martwi, postrzeleni, włóczędzy ukazują się bez zaproszenia w ogrodzie don Fernando. Ale ich pojawienie się nie zbija nikogo z tropu, nikogo nie wprawia w osłupienie. Pojawia się duch zmarłego? No tak, należy to zaakceptować, tak jak akceptuje się wizytę listonosza, czy mleczarza. W ten sam sposób przyjmuje się wizytę człowieka, który nocą ukazał się we śnie, a następnego dnia rano stuka do drzwi domu. Jak stuka, to przecież trzeba mu otworzyć, porozmawiać, a potem pożegnać. Bez większego zdziwienia.

Tak jak w “Domu duchówIsabel Allende, w którym babka (jeszcze za życia) zapraszała swoich gości na wieczory spirytualistyczne, przesuwała stolik mocą wytężonego umysłu, a głowa zmarłej matki mogła zalegać w szafie latami. Zmarli byli stałymi bywalcami domu, nikt nie dziwił się, gdy jakiś pradziadek, o którym już świat dawno zapomniał, pojawiał się bez zapowiedzi i wprowadzał zamieszanie swoją osobą. Obecność duchów była obecnością oczywistą i naturalną, nie było powodu do robinia paniki, gdy duch zmarłej babki nagle robił przemeblowanie w całym domu.



Zastanawiałam się, czy ta wybujała fantazja jest typowa tylko dla artystów iberoamerykańskich, którzy w celu utrzymania się na fali boomu realizmu magicznego wymyślają niestworzone historie, lecz coraz bardziej jestem przekonana, że taki sposób widzenia świata nie jest jedynie efektem minionej już mody na prozę latynoamerykańską, ale czymś głęboko zakorzenionym w tej kulturze. Ta fantazja wydaje się owocem specyficznej wrażliwości Latynosów i ich umiejętności dostrzegania tego, czego współcześni ludzie nie potrafią dostrzec. Trochę tak jak z przytłumionym zmysłem, czy utraconym instynktem (kot, któremu właściciel codziennie zapewnia miskę pokarmu zapomina lub traci umiejętność polowania na myszy).

Daniel, który jest osobą jak najbardziej racjonalną (jak można być nieracjonalnym inżynierem elektroniki?) opowiedział mi ostatnio, że od wielu lat jego rodzice próbują sprzedać pewną posiadłość w Santiago. Ziemię tę kupił wiele lat temu jego dziadek, a w testamencie przepisał ją swoim trzem córkom z zastrzeżeniem, że mają nią dobrze zarządzać. Ale wiadomo: czasy się zmieniają, zaistniały inne potrzeby, siostry zdecydowały sprzedać ziemię. I co powiecie na to, że od paru lat usilnie próbują ją spieniężyć, lecz na przeszkodzie stają im najprzeróżniejsze wydarzenia, czasem tak absurdalne i niewytłumaczalne, że włos się na głowie jeży. Ludzie, którzy mieszkają nieopodal posiadłości opowiadają, że dziadek (pochowany dziesięć lat temu) każdej nocy pilnuje terenu, przechadza się, krąży niespokojnie wokół ogrodzenia. Nie chce się pan prędko pozbyć swej własności, którą zostawił w spadku marnotrawnym córkom!

Historia ta została mi opowiedziana jako jedna z wielu normalnych historii życia codziennego, bez próby nadania jej tonu niezwykłości rodem z książek Márqueza czy właśnie Allende. Historii takich jak ta nasłuchałam się już tutaj wiele, łącznie z wszelkimi detalami biografii dziadka masona, który nocami wymykał się z domu na spotkania z członkami loży.

Dlatego coraz bardziej jestem skłonna uwierzyć, że sposób, w jaki przedstawia świat Raúl Ruiz w filmie “Dni na wsi”, czy Isabel Allende w swoich książkach, nie jest próbą stworzenia na siłę jakiejś logiki latynoamerykańskiej, lecz prawdziwym i szczerym przedstawieniem świata takim, jakim się go widzi, z jaką wrażliwością się go odbiera, jakimi zmysłami się go postrzega.

Zaczynam wierzyć, że realizm magiczny jest “magiczny” tylko dla ludzi spoza Ameryki Łacińskiej, podczas gdy dla ludzi "stąd" jest on jedynie “realizmem”, opisaniem rzeczywistości taką, jaką się ją widzi i czuje. Wyobrażam sobie, że Isabel Allende pisząc “Dom duchów” nie zdawała sobie sprawy, kiedy miesza fakty realne z fantasmagoriami: być może dla niej wszystko było realne (łącznie z wizytami ducha babki), ponieważ wyrosła w świecie, w którym magia była na porządku dziennym.

I być może realizm magiczny jest “magiczny” tylko dla nas, bo zbyt ostrą linię graniczną stawiamy między tym, co materialne i niematerialne, czasem nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że zmarli mogą interweniować w nasze bardzo konkretne życie.


Raúl Ruiz

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Bo fantazja jest od tego...





Przekraczając próg każdego z domów Pabla Nerudy nie można oprzeć się wrażeniu, że mieszkał w nich człowiek, który umiał “dobrze żyć”, smakować każdy dzień dbając o najmniejszy szczegół w swoim otoczeniu. W zeszłym tygodniu odwiedziłam trzeci, ostatni już dom Nerudy, tym razem w Isla Negra. Rok temu poznałam jego dom w Valparaiso, z którego okien rozciąga się panorama na port i statki na Oceanie Spokojnym. Drugi to La Chascona w Santiago, jedyny dom, który nie ma widoku na ocean, w zamian za to piękny ogród i santiaguińską bohemię dosłownie za płotem (w dzielnicy Bellavista).

Natomiast dom w Isla Negra… to już osobna bajka. Na wstępie uprzedzam: dom w Isla Negra (Czarna Wyspa) wcale nie znajduje się na wyspie. Można by długo szukać na mapie czarnej wysepki u wybrzeży środkowego Chile, mniej więcej na wysokości Santiago, ale nawet mocno wytężając wzrok i tak nikomu nie uda jej się znaleźć. Czarna wyspa to po prostu nazwa nadmorskiej wioski wypoczynkowej osadzonej, ku wielkiemu rozczarowaniu, na stałym lądzie kontynentu.




Dom Pabla Nerudy jest dzisiaj muzeum, do którego jak pielgrzymi wędrują wszyscy wielbiciele jego poezji, pary zakochanych, których połączyły ody poety zatrzymują się, by powzdychać przy grobie poety (w którym spoczywa także jego trzecia żona), jednym słowem przemysł turystyczny w pełnym rozkwicie. Sklepik z pamiątkami niewiele mniejszy niż cały dom Nerudy (a ten wcale nie taki mały, mówią, że ma 700 metrów kwadratowych, ale albo nie wszystko zostało nam pokazane, albo w pośpiechu nie zdałam sobie z tego sprawy). Piszę “w pośpiechu”, bo tak właśnie zostaliśmy oprowadzeni po muzeum noblisty. Przewodnik opowiedział nam parę ciekawych anegdot z życia Nerudy (np. na temat jego zamiłowania do kolorowych kieliszków, w których częstował swych gości napojami: podobno twierdził, że nawet zwykła woda w kielichu o zielonym, niebieskim czy czerwonym kolorze nabywa zupełnie innego smaku. Oprócz tego, by w sposób dyplomatyczny poinformować gościa, że czas biesiady już dobiegał końca, nakazywał podawać napoje w bezbarwnych szklankach: był to znak, że czas już się ulotnić).

Najpiękniejsza okazała się jego sypialnia: w miejscu ścian – ogromne okna; za oknami, jak namalowany pejzaż – plaża, skały, spienione fale oceanu... za taką sypialnię oddałabym wiele.

Widok z okna sypialni…


Tak jak pozostałe domy Nerudy, tak i ten skonstruowany jest tak, by każdy, kto do niego wchodzi, odniósł wrażenie, że znajduje się na pokładzie łodzi. Podobno sam poeta nie mógł znosić długich podróży statkiem (cierpiał na chorobę morską), za to w swoim domu, z niskim sufitem, drzwiami, w których nie mieścił się on sam, krętymi schodami i trochę klaustrofobicznymi pomieszczeniami, które miały imitować kajuty na jachcie, czuł się niezwykle bezpiecznie, no i bez ryzyka mdłości.

W swoim domu miał niezwykłą kolekcję masek z całego świata (niektóre zebrane osobiście przez niego podczas jego licznych podróży do Azji, inne, np. te z Afryki, podarowane przez przyjaciół dyplomatów i nie tylko), kolekcję egzotycznych motyli i owadów, fajek, muszli, od których widoku i ilości kręciło się w głowie, oraz wielu innych bibelotów, których wartość tkwi w ich urodzie i niepowtarzalności. Najpiękniejszą muszlą z kolekcji poety okazała się jednak muszla klozetowa. Nawet ona budziła zachwyt: cała z porcelany wymalowana w kwieciste motywy. Z pewnością chwile spędzone w wychodku były dla poety momentami, w których również szukał natchnienia.

Nie mogło mu go też zabraknąć wówczas, gdy kontemplował w swych pokojach bajeczne galiony, ozdoby dziobowe stosowane na starych, dużych żaglowcach , w postaci okazałych rzeźb umieszczanych pod bukszprytem. Te, których było najwięcej w domu poety, przedstawiały nagie figury kobiet – w takiej atmosferze rzeczywiście można tworzyć wielkie dzieła!


Ta figura ma na imię Guillermina, tak jak miała na imię babcia Daniela.
To na jej cześć Neruda nazwał tak ten drewniany galion przywieziony z Peru.




Nauka płynąca z odwiedzin domów Pabla Nerudy? Należy nauczyć się “dobrze żyć”, żyć według swoich kaprysów i niestworzonych zachcianek, dając upust fantazji i swoim widzimisię. Czy nie można umilać sobie każdego dnia patrząc na kwiaty wymalowane na muszli klozetowej?


poniedziałek, 14 stycznia 2008

Choroba Passenta


Braku błyskotliwości i charakterystycznego stylu nie można z pewnością zarzucić wieloletniemu felietoniście „Polityki” Danielowi Passentowi. Czasami czytam komentarze, które zamieszcza na swoim blogu En Passant, żeby dowiedzieć się co w naszej polskiej trawie piszczy. I zawsze znajdę coś, co mnie rozbawi do łez. A parę dni temu wpadła mi w ręce jego książka, z której można dowiedzieć się wielu szczegółów z dyplomatycznego światka, w którym Passent „bywał” jako ambasador Polski w Chile w latach 1996 - 2001.

Gdyby ten tytuł nie był już zajęty przez Bolesława Prusa, ta książka nazywałaby się „Placówka”. A tak – nazywa się „Choroba dyplomatyczna”. Oto symptomy choroby.

Tymi słowami zaczynają się wspomnienia Passenta, a tym, którzy nie zechcą przeczytać książki w całości, zacytuję parę najciekawszych, moim zdaniem, fragmentów.
Najbardziej aktualne wydają mi się spostrzeżenia na temat osób, o których w ostatnich dniach w polskiej prasie było dosyć głośno. Uwagi te pochodzą sprzed paru lat, Radosław Sikorski jest od niedawna ministrem spraw zagranicznych, a o Jerzym Achmatowiczu znów zaczęło być głośno w związku z jego kandydaturą na ambasadora Polski w Meksyku. Spostrzeżenia Daniela Passenta nie tracą do dziś swojej aktualności!


Pierwsza obserwacja dotyczy obecnego szefa MSZ Radosława Sikorskiego, który po wyborach 1997 roku został wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialnym między innymi za sprawy konsularne oraz stosunki z Ameryką Łacińską. Był więc przełożonym Passenta, który pisze o nim w ten sposób:

Sikorski to, co robił, wykonywał kompetentnie i z gracją, aż do przesady. Ten młody człowiek jest upozowany na angielskiego dżentelmena starej daty. Docenia swoją aparycję, ubiór, aromat dobrej herbaty z czajniczka, a nie z papierowej torebki, przede wszystkim zaś swoją angielszczyznę. Wszystko w najlepszym gatunku, aczkolwiek wystudiowane. Na tle często spasionych lub przepitych urzędników postkomunistycznych „z łupieżem na kołnierzu” – jak sam pisze – oraz czasami zaniedbanych postaci z „Solidarności” i jej akolitów Radek Sikorski wyróżniał się swoim czarnym paletkiem typu dyplomatka z aksamitnym kołnierzykiem, nienagannym garniturem i manierami. Starannie zaczesany, nie omijał żadnego lustra, by nie rzucić okiem, czy aby jakiś niesforny włos nie wystaje z szeregu. Powiedziałbym, że był nadubrany, nie tyle ubrany, co przebrany. Swoją dbałością o wygląd zewnętrzny wniósł świeży, londyński powiew do naszej kapuścianej dyplomacji. Jednak prawdziwą namiętnością ministra jest jego angielszczyzna. Nie wystarczy napisać, że jest ona płynna – ona jest nienaganna, ba, doskonała, a nawet więcej, oksfordzka... Kiedy Radek Sikorski zabiera publicznie głos po angielsku (...) celebruje każde słowo, każdy zwrot, lubuje się słysząc siebie, jakby słyszał dzwony Big Bena, upaja się każdym dźwiękiem, jak gdyby był lektorem BBC, którego każdy wdech i wydech, każde the niesie się daleko w świat (...), i jest tak angielskie, tak brytyjskie, że nie powstydziłaby się go ani lady Tatcher, ani Anthony Eden. Radek Sikorski płynie na falach swojej angielszczyzny, sprawia mu ona rozkosz, smakuje ją tak, jak koneser delektuje się dobrą whisky, cygarem lub koniakiem.

Kolejna obserwacja dotyczy osoby Jerzego Achmatowicza, który kojarzony jest głównie ze znajomości z o. Tadeuszem Rydzykiem i oskarżanym o antysemityzm milionerem mieszkającym w Urugwaju Janem Kobylańskim. Dzięki ich poparciu Achmatowicz miałby zostać ambasadorem Polski w Meksyku. Jak poinformował „Wprost", jego nominację chce zablokować szef MSZ Radosław Sikorski. Ponadto Sikorski wydał ambasadorom pisemny zakaz kontaktów z Janem Kobylańskim (na ten temat pisał parę dni temu Tierralatina).

Prasowe notki nie oddają całego uroku postaci Achmatowicza, o którym Passent wypowiada się w taki oto pozytywny sposób:

Jedyny i ostatni z prawdziwego zdarzenia tłumacz polski w Chile, doktor Jerzy Achmatowicz, po dziesięciu latach wrócił do kraju, gdzie rozpoczął nowe życie zawodowe i prywatne. Dla naszej ambasady wielka strata, bo był jednym z nielicznych intelektualistów w Polonii chilijskiej, a w dodatku doskonałym tłumaczem, który świetnie sobie radził, tłumacząc na każdy temat, nawet rozmowy na temat funduszy ubezpieczeniowych. Najlepiej by było, gdyby w Polsce został dyrektorem w MSWiA, gdzie mógłby zająć miejsce dyrektora niemowy. Inteligentny, dowcipny, był bardzo lubiany przez swoich studentów wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Diego Portales. Jako człowiek bohemy niezbyt jednak pasowałby do resortu, gdyż nosi się w sposób niekonwencjonalny. Nigdy nie widziałem go w garniturze ani nawet w marynarce, na ogół występował w koszuli bez kołnierzyka a la rubaszka, wyłożonej na spodnie, bez skarpetek, w sandałach, w których potrafił nawet przyjść na kolację u ambasadora... Czy taki człowiek pasuje do MSWiA?

Na temat swojego poprzednika na placówce w Santiago, ambasadora Zdzisława Ryna (obecnie ambasadora Polski w Argentynie, o którym mówi się, że również był rekomendowany przez ojca Rydzyka i Kobylańskiego), Daniel Passent pisze w samych superlatywach (!?):

Po przybyciu do Chile okazało się, że istotnie mój poprzednik wiele zdziałał: rozwijał się handel, podpisano umowy, przyjechał prezydent Wałęsa, krążyli ministrowie i przedsiębiorcy, ambasador wykładał, pisał, dwoił się i troił. Miałem więc dużo do zepsucia. Przede wszystkim zepsułem stosunki z generałem Pinochetem.

Obejmować urząd po kimś, kto doprowadził stosunki z Chile do takiego rozkwitu, nie było łatwo, może nawet nie miało sensu, ponieważ wszystko już zrobiono, dla mnie nie zostało nic. „Jeśli wolno mi zażartować, to mój następca, choćby palcem nie kiwnął, ma do końca kadencji zagwarantowane obroty w wysokości miliona dolarów dziennie” – mówił profesor Ryn w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej” (4 kwietnia 1997).

W ciekawy również sposób Passent przedstawił swoje obowiązki:


Nazajutrz po pracy kąpiel (w basenie, bo styczeń to pełnia lata) i znów wymarsz na kolację. Tym razem do Austriaków. Ciężka to jest praca – bywanie na kolacjach, gdyż trzeba rozmawiać, być aktywnym i towarzyskim, żeby wynagrodzić gospodarzom ich wysiłek, ponadto trzeba jeść, żeby nie sprawić przykrości, pić (choć to nie jest obowiązkowe), a ponadto rewanżować się – zapraszać do siebie.

Choroba dyplomatyczna” jest napisana tak kąśliwym językiem, że czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej, że zostały w niej obsmarowane osoby z wyższych sfer, o których czasem nie wypada powiedzieć złego słowa. Passent zrobił to doskonale, w morzu ironii zabrakło tylko kropli autoironii.



czwartek, 29 listopada 2007

Przy podwieczorku rozmawiamy o Guillerminie



Pan con palta

czyli chleb z awokado
Najsmaczniejszy składnik podwieczorku


Każdego dnia po południu, tak między godziną 16 a 20, Chilijczycy zwykli zasiadać za stołem w celu „tomar once”. Na początku mojej przygody z Chile „tomar once” znaczyło dla mnie tyle co angielskie „five o’ clock”, czyli herbatka z drobną przekąską. I rzeczywiście „once” jest w Chile rytuałem i ceremonią, obowiązkiem i okazją do wspólnego spędzenia popołudnia. Filiżanka herbaty lub kawy, gorący chleb z masłem i zielonym awokado, dżemem lub wędliną – są to typowe składniki codziennego „once”. Jest to na tyle niezobowiązujący podwieczorek, że zwykle zaprasza się kogoś do siebie do domu „para tomar una rica once” (na pyszny podwieczorek).

„Once” oznacza cyfrę 11, dlatego też można by się długo zastanawiać co ma wspólnego popołudniowy podwieczorek z tą liczbą, skoro wcale się go nie spożywa w godzinach przedpołudniowych. Otóż zwrot „tomar once” wywodzi się z czasów, kiedy robotnicy robili sobie przerwę w pracy na drugie śniadanie, na które składały się kanapki i czasami również aguardiente (czyli mniej więcej odpowiednik naszej polskiej wódki). Żeby jednak ukryć fakt spożywania alkoholu podczas przerwy na drugie śniadanie, ktoś wpadł na pomysł, żeby zamiast aguardiente używać słowa once (11), które odpowiada liczbie liter w nazwie tego alkoholu. I tak się przyjęło: „tomar once” czyli po prostu „pójść na jedenastkę” (a dzisiaj: zjeść podwieczorek).

Aktualnie używa się tego sformuowania nie zważając na to, że zazwyczaj w porze podwieczorku w ogóle alkoholu się nie spożywa. W zamian za to serwuje się herbatki (na które Chilijczycy mówią „aguita” lub „tecito”) lub kawki („cafecito”). Są to oczywiście zdrobnienia od następujących słów: „agua”, „”, „café” (woda, herbata, kawa), które w ustach Chilijczyków nabierają pieszczotliwych odcieni. W ogóle cechą charakterystyczną dla Chilijczyków są wszelkiego rodzaju zdrobnienia przy użyciu jakichkolwiek słów. Dlatego podczas popołudniowego „once” w chilijskich domach pije się herbatki i kawki oraz je się kromeczki podgrzanych chlebków (un pancito calentito) itp.

I właśnie podczas jednego z takich codziennych podwieczorków, zajadając się podgrzanym chlebkiem z awokado (pycha!), tata Daniela opowiedział mi bardzo ciekawą historię.

Kiedy jego mama (a babcia Daniela), Guillermina Rehren, była dwunastoletnią uczennicą w prowincjonalnej szkole na południu Chile (w Temuco), zaprzyjaźniła się z pewną dziewczynką o imieniu Laura. Dziewczynka ta była siostrą nikomu wówczas nieznanego chłopca o imieniu Neftalí Ricardo i nazwisku Reyes Basoalto. Któregoś dnia Guillermina została zaproszona do domu swojej przyjaciółki i tak właśnie ukazała się czternastoletniemu Neftalí, który pobiegł otworzyć jej drzwi. Chłopiec jakby zaniemówił, wydawać by się mogło, że poraziły go błękitne pioruny, które ujrzał wokół Guillerminy. I tak właśnie opisał to w poemacie „¿Dónde estará la Guillermina?” ("Gdzie jest Guillermina?"), kiedy miał już na karku więcej niż pięćdziesiąt lat i przybrany pseudonim Pablo Neruda.

Pierwsze wersy poematu brzmią następująco:

"Cuando mi hermana la invitó

y yo salí a abrirle la puerta

entró el sol,

entraron estrellas,

entraron dos trenzas de trigo

y dos ojos interminables…"

(Kiedy moja siostra ją zaprosiła

i wyszedłem, żeby otworzyć jej drzwi,

weszło słońce,

weszły gwiazdy,

weszły dwa warkocze z pszenicy

i para głębokich oczu bez dna...)

Poemat jest przepiękny. Całość można przeczytać tutaj

a ja może kiedyś zdobędę się na przetłumaczenie go do końca, choć wydaje mi się, że przy tłumaczeniu poezji nigdy nie uda się oddać całego uroku i atmosfery wiersza. Może ktoś inny się pokusi?

"Isla Negra 1968
Dla Guillerminy Rehren,
której wspomnienie mimo upływu czasu
pozostało żywe w jej starym przyjacielu.
Pablo Neruda"

W domu Daniela jest parę książek Nerudy, które poeta podarował jego babci już jako uznany artysta. Artysta, który pomimo mijającego czasu nigdy nie zapomniał o swojej młodzieńczej fascynacji. I nie szkodzi, że w swoim bujnym życiu związał się z wieloma kobietami, które porzucał, kiedy poznawał inne. Jednak lata nie wymazały mu z pamięci dwunastoletniej Guillerminy, której po latach dedykował swoje książki. I właśnie dlatego drugie imię Daniela to Guillermo, na cześć babci, która niestety nie wyszła za mąż za Nerudę (a może właśnie na szczęście), tylko za Luisa Advis Lobos, senatora i burmistrza Iquique, człowieka bardzo cenionego na północy Chile i bardziej stałego w uczuciach niż poeta Pablo. Może i na dobre to wyszło Guillerminie.

"Na stronie 220
piękne wspomnienie

Pablo Neruda

dla Guillerminy Rehren

Październik 1968"

PS. A dyrektorką w szkole w Temuco w czasach, gdy chodziła do niej Guillermina była ni mniej ni więcej tylko sama Gabriela Mistral (pierwsza Literacka Nagroda Nobla dla Chile, w 1945 roku).


A na zdjęciu tata Daniela,
syn Guillerminy, w której zauroczył się Neruda

środa, 28 listopada 2007

Potargana kochanka Nerudy



Ważną cyfrą w biografii Nerudy jest cyfra 3. Taka jest liczba zarówno jego domów, jak i żon.


Obraz namalowany przez Diego Riverę,
portret Matyldy Urrutia („La Chascony”),
który przedstawia podwójne życie Matyldy:
potajemny związek z Nerudą i jego późniejsze zalegalizowanie.
Po prawej stronie obrazu, wśród loków Matyldy –
ukryty profil poety. Taki był ich związek.



Dwa z jego domów, które można dziś zwiedzać jako muzea znajdują się nad Oceanem Spokojnym: jeden w Isla Negra (i choć nazwę tej miejscowości można przetłumaczyć jako Czarna Wyspa, to nie ma ona jednak nic wspólnego z wyspą), drugi w Valparaiso (dom nosi nazwę La Sebastiana). Trzeci z domów poety znajduje się w Santiago, w dzielnicy Bellavista, niedaleko Wzgórza św. Krzysztofa. Ten dom również ma swoje imię: La Chascona.

W Chile słowo to oznacza tyle, co „potargana”, z włosami w nieładzie, i taka właśnie była Matylda, kochanka Nerudy, który wybudował ten dom, aby móc potajemnie spotykać się z nią, podczas gdy legalnie związany był z argentyńską malarką Delią del Carril. Delia była drugą żoną Pabla i była od niego starsza o 20 lat. Pochodziła z bardzo zamożnej arystokratycznej rodziny, co dla Nerudy wiązało się z otrzymaniem wielu przywilejów. Pod koniec lat czterdziestych Neruda poznał trzecią miłość swego życia – Matyldę Urrutia.

Przez pierwsze lata starali się ukryć swój związek spotykając sie potajemnie w domu, który Neruda ochrzcił imieniem „La Chascona” na cześć Matyldy, która miała bujne kręcone włosy. Kiedy Neruda oficjalnie postanowił zakończyć swój związek z Delią, wprowadził się na stałe do „La Chascony” razem z Matyldą. Dom powstał w 1953 roku, kiedy Dalia miała 69 lat, a Pablo zaledwie 49.

Tak jak pozostałe domy poety, wnętrza „La Chascony” przypominają wnętrza statku. Neruda uwielbiał morze, dlatego też wymyślił sobie, że we własnym domu też powinien czuć się jak na statku: wąskie i małe pokoje, nisko zawieszone sufity, drzwi o takiej wysokości, że aby przez nie przejść należy się schylić w pół, kręcone schody... Tak wygląda pierwsza część „La Chascony”, w której znajduje się jadalnia i sypialnia.

Druga część budynku znajduje się o wiele wyżej. Trzeba przejść schodami przez bajecznie zielony ogród, w którym Neruda zaprojektował labirynty strumieni i oczek wodnych dla stworzenia iluzji, że oto znajdujemy się nad oceanem. Schodami dociera się do drugiej częsci, która z kolei przypomina latarnię morską. W wielkim i eleganckim salonie można rozsiąść się jak król na skórzanej kanapie i podziwiać widok Andów przez ogromne okna (tzn. przynajmniej można było w czasach, kiedy żył w tym domu Neruda, bo dzisiaj już widok nie jest tak ujmujący jak zapewne był przed pięćdziesięcioma laty: szczytów Andów nie widać przez unoszący się nad miastem smog oraz przez potężne wieżowce, które bestialsko wdarły się w architekturę miasta).

Kiedy wychodzi się na taras, który znajduje się tuż przy sypialni Nerudy i Matyldy, można odnieść wrażenie, że jest się na pokładzie statku: wrażenie niestabilności zostało uzyskane dzięki nierównej nawierzchni tarasu. I właśnie taka była idea Nerudy: budzić się i wychodzić na taras, żeby wyglądać horyzontu, jak marynarz na statku.

Jest również trzecia część domu, w której znajduje się salon z kominkiem, sekretarzyk oraz czytelnia, w której Neruda kolekcjonował książki francuskich autorów. Tutaj też można podziwiać dyplom i medal, który został mu wręczony w Szwecji w 1971, kiedy został laureatem Literackiej Nagrody Nobla.