niedziela, 6 stycznia 2008

Dlaczego lubię Santiago

Jest wiele powodów, dla których każdego dnia zachwycam się tym miastem. Oprócz wielu defektów, które niewątpliwie ma chilijska stolica, jest tu tyle pięknych miejsc, widoków i ludzi, dla których szkoda ją opuszczać.


Po pierwsze, lubię Santiago za to, że w pół godziny drogi samochodem z centrum, można nacieszyć oczy takimi widokami:





Najlepsze w tym wszystkim jest to, że można tak sobie wyskoczyć w sobotni poranek o świcie, połazić po górach, przefiltrować płuca (bo w Santiago można pomarzyć o świeżym powietrzu), odpocząć i już na obiad wrócić do domu. Niesamowite jak dla mnie (pamiętam, że podróż pociągiem z Łodzi w Bieszczady trwała 13 godzin!).


Po drugie, nie przestaje mnie zachwycać wzgórze św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal), z którego rozpościera się szeroka panorama na całe miasto. Wjeżdżanie kolejką na jego szczyt stało się moim niedzielnym nałogiem, tak jak obowiązkowa konsumpcja mote con huesillos (oczywiśccie najlepsze w mieście jest właśnie to, które sprzedają na wzgórzu).




Po trzecie, za pewne przyjemne miejsce, wioskę Dominikanów (El Pueblito de los Dominicos), ze starmi domami, która cudem przetrwała w centrum Santiago, nie dając się zakopać wśród nowopowstających drapaczy chmur. Co prawda jest to teraz centrum berdziej komercyjne, niż religijne, gdzie można zaoptrzyć się w cuda chilijskiego rękodzieła, lecz mimo wszystko coś magicznego pozostało w tym miejscu. Artyści mają tu swoje pracownie, rzeźbiarze rzeźbią, garncarze lepią swoje garnki, tkaczki tkają, starsze panie robią szaliki i czapki na drutach…




Po czwarte, za murales, które zdobią mury domów w centrum miasta. Ponieważ pozwalają mi odczuć, że historię tworzy się na ulicy, że każdy ma prawo głosu, że każdy może wziąć udział w ulicznej dyskusji. Murales są dla mnie wyrazem wolności słowa, która nie jest czymś oczywistym i dostępnym dla każdego (szczególnie w krajach Ameryki Łacińskiej). Są dla mnie również wyrazem pokojowej walki, sposobem na wyrażenie swojej niezgody, swobodną ekspresją, która nie mogłaby mieć ujścia w środkach masowego przekazu (bo za bardzo kontrolowane przez ludzi z jednej partii).




Po piąte, uwielbiam Santiago za upał w grudniu i styczniu, za nowoczesne metro, za ludzi, którzy na każdym rogu ulicy czytają przyszłość z kart Tarota, za rzekę Mapoczo w kolorze zgniłego brązu oraz za to, że tak blisko stąd do Valparaiso.


To tylko przystawka tego, co ma do zaoferowania Santiago. Nie nadeszła jeszcze pora pierwszego i drugiego dania, nie wspominając o deserze. To miasto ma w sobie mnóstwo atrakcji, które można odkrywać powoli każdego dnia, smakując je stopniowo, żeby nie zachłysnąć się nimi zaraz na wstępie.

czwartek, 3 stycznia 2008

Gdzie oni są?




Trafiłam na tę wystawę całkiem przez przypadek. Przed wejściem zostałam zaopatrzona w latarkę i broszurę zawierającą listę osób wymienionych z imienia i nazwiska. Nie zawracałam sobie głowy broszurą i weszłam do środka. W Santiago upały, słońce grzeje niemiłosiernie, a tu znienacka znalazłam się w zupełnie ciemnym pomieszczeniu, w którym nie było nikogo i nie mogłam zobaczyć zupełnie nic. Musiałam zdać się na marne światełko latarki, którą wręczono mi przed wejściem. Oświetlałam swoją drogę i nadal nie wiedziałam o co w ogóle w tym wszystkim chodzi, gdy nagle spostrzegłam, że piętro niżej znajduje się coś na kształt basenu wypełnionego nie wodą, lecz jakimś niezrozumiałym tekstem.
Po pewnym czasie, kiedy oczy już przyzwyczaiły się do ciemności, zrozumiałam, że chodzi tu o rodzaj pewnej zabawy, łamigłówki, która polga na znalezieniu ukrytych wyrazów w masie pomieszanych liter. I wtedy dotarło do mnie, że w całej tej łamigłówce ukryte są nie zykłe wyrazy, lecz nazwiska osób. Desaparecidos – pomyślałam od razu, ale dla upewnienia zajrzałam do broszury, którą dostałam wraz z latarką, i okazało się, że w tej zupie liter ukryte są nazwiska nie osób zaginionych lub zamordowanych podczas dyktatury Pinocheta, lecz osób, które były odpowiedzialne za śmierć ponad dwóch tysięcy opozycjonistów, zaginięcie około dwóch tysięcy i poddanie torturom ok. dwudziestu ośmiu tysięcy ludzi. Można więc odnaleźć tam nazwiska funkcjonariuszy Servicios Secretos, kolaborantów, policjantów oraz wszystkich tych, którzy pogwałcili prawa człowieka.

Tylko przeciwko niektórym z nich zostały wytoczone procesy sądowe, reszta żyje sobie spokojnie do dziś (korzystając z bardzo wysokich emerytur, które płaci im rząd) nie ponosząc odpowiedzialności za to, czego się dopuścili w latach 1973 – 1990.




Rodziny i przyjaciele osób, które zaginęły lub zostały zamordowane podczas dyktatury, dopominają się, by osoby odpowiedzialne za pogwałcenie praw człowieka zostały postawione przed trybunałem i surowo ukarane. Niestety, ich wezwania są jak rzucanie grochem o ścianę. Poszkodowanym Chilijczykom pozostaje więc tylko jedno pytanie: “Gdzie podziały się osoby, które dopuściły się tylu zbrodni na ludzkości? Gdzie oni są? ¿Dónde están?”



Autorem wystawy pod takim właśnie tytułem “¿Dónde están?” jest urodzony w 1972 roku Iván Navarro, jeden z nielicznych chilijskich artystów młodego pokolenia docenionych również w Stanach Zjednoczonych (gdzie mieszka od dziesięciu lat). Jego instalacje często bywają nazywane przez krytykę “rzeźbami społecznymi”, w których światło “rzeźbi” i odkrywa ukryte metafory. Słabym światłem latarki wyłuskuje się powoli kolejne nazwiska przestępców, co może mieć wiele symbolicznych znaczeń.

Po pierwsze trzeba ich szukać wytrwale i nie dać się zwieść, że pozornie są oni prawie niewidoczni. Żyją do dzisiaj, spacerują po ulicach Santiago, czytają gazetę w parku, stoją za nami w kolejce po zakupy. Rzadko kiedy jednak można ich łatwo zidentyfikować, trzeba się troszkę wysilić, poszukać, tak jak nazwisk ukrytych pośród pomieszanych liter.

Po drugie ta marna żaróweczka, która ledwo co oświetla literową łamigłówkę, jest pewnego rodzaju światłem nadziei dla tych, którzy stracili swych bliskich podczas lat reżimu, a teraz powoli tracą nadzieję na Sprawiedliwość.


Fragment broszury, która zawiera nazwiska 332 kryminalistów.
Dokładne dane można
znaleźć również na stronie
http://www.memoriaviva.com/

Po trzecie, światło to mogłoby też symbolizować, że nie chce się zapomnieć o pewnych zajściach, że nie pozostawi się tej sprawy w ciemnych i pokrytych kurzem archiwach: wręcz przeciwnie, należałoby je odświeżyć, oświetlić, wyjawić wszelkie brudy historii. I ku temu służy również “broszura” (tak swobodnie przez mnie określona), która na trzydziestu stronach formatu A4 zawiera listę ponad trzystu kryminalistów z jasno przedstawionymi zarzutami, którzy do dziś pozostają jednak na wolności.


Rozwiązanie łamigłowki

Zmieńmy mapę świata!



Chile postanowiło się zbuntować. Dlaczego mieszkańcy tego kraju muszą wiecznie znosić złą sławę południa świata? Południe, w opozycji do bogatszej półkuli północnej, kojarzy się głównie z zacofaniem, biedą, złem. Taki tylko skrót myślowy odzwierciedlający brak równowagi w ekonomii światowej i w dystrybucji bogactwa.

Ale przecież takie przedstawienie kuli ziemskiej ze ścisłym określeniem czterech stron świata jest niczym więcej, jak tylko polubowną zgodą, umową, że przyjmuje się północ za północ a południe za południe. Dlaczego więc nie odwrócić mapy świata do góry nogami i umieścić Chile na uprzywilejowanym miejscu mapamundi?



W maju 2007 roku kilku przedstawicieli chilijskiego rządu zebrało się w celu przedyskutowania idei wprowadzenia zmian na mapie świata. Dyskusja potrwała dwie godziny, podczas których rozdano pięćset kopii nowej mapamundi, choć było to oczywiście przedsięwzięcie czysto symboliczne.

Dwa miesiące później wznowiono debatę: podczas akcji propagującej nowy porządek na mapie świata rozdano nauczycielom szkół podstawowych nowe mapy, aby ich uczniowie mieli możliwość nauczenia się geografii z innego punktu widzenia, według którego na północnym wierzchołku kuli ziemskiej znajduje się nie Grenlandia tylko Antarktyda.



Niektórzy nauczyciele byli zainteresowani tym pomysłem, lecz na dłuższą metę nie chcieli dzieciom mieszać w głowie, więc tylko zaproponowali im pewien rodzaj zabawy polegający na tym, że każdy uczeń miał za zadanie pokolorować kraje na “nowej” mapie.



Jednak wszystko zakończyło się równie szybko, jak się zaczęło. Idea została potraktowana jako zabawa, prowokacja, czysty gest, po którym nie zostało teraz żadnego śladu. Jedyne, co dokumentuje ten eksperyment, to zdjęcia paru uczniów, którzy dumnie reprezentują mapy, na których Chile jawi się jako jeden z najbardziej północnych krajów świata.


Klatka filmu dokumentalnego, który można obejrzeć w Museo de Arte Contemporáneo (MAC Quinta Normal) w Santiago de Chile do 20 stycznia, wykonany w ramach instalacji dokumentującej całe przedsięwzięcie przez Lucrecię Conget (“Inmediaciones Cartográficas”).

wtorek, 1 stycznia 2008

Witam wszystkich w Nowym Roku!





Wczoraj
otworzyliśmy szampana, kiedy w Polsce wybiła czwarta nad ranem, a tu akurat wtedy wystrzeliły pierwsze petardy i nastała wielka noworoczna euforia, wszyscy wybiegli na ulice, dzieci w krótkich spodenkach, ludzie ledwo co poubierani (ze względu na upał), każdy obowiązkowo w żółtych majtkach (jeszcze lepiej, gdy założonych na lewą stronę)...

No właśnie, co do tych żółtych majtek założonych na lewą stronę, dzisiaj napiszę parę słów na temat całej masy przesądów, bez których Chilijczycy nie rozpoczną Nowego Roku z obawy o niezapewnienie sobie dostatku i szczęścia.

Sylwestrowe przesądy zostały tu wprowadzone przez hiszpańskich kolonizatorów, dlatego pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że także w Chile z wybiciem godziny dwunastej zjada się dwanaście winogron (każde symbolizuje dwanaście miesięcy i zapewnia pomyślność na cały nadchodzący rok).

Oprócz tego typowego hiszpańskiego zwyczaju, w Chile:

- wita się Nowy Rok z butami wypełnionymi banknotami o dużych nominałach (gwarantuje dostatek. Według niektórych można wypełnić pieniędzmi kieszenie, a nie buty)

- bieliznę zakłada się na lewą stronę (tylko do północy; po północy należy ją założyć poprawnie – ale kto o tym pamięta?)

- najlepiej, żeby bielizna była żółta i żeby ktoś nam ją podarował w prezencie

- do kieliszka z szampanem wrzuca się złoty pierśconek (aby nigdy nie zabrakło pieniędzy)

- zapala się kolorowe świece, z których każdy kolor symbolizuje coś innego: żółte świece zapewniają pomyślność, niebieskie – pokój, czerwone – namiętność, zielone – zdrowie, pomarańczowe – inteligencję itp.

- wystawia się walizki za drzwi (żeby w nadchodzącym roku dużo podróżować)

- albo biega się ulicami wokół domu ciągnąc je za sobą (w tym samym celu)

- zjada się gotowaną soczewicę zaraz po wybiciu dwunastej

- myje się dłonie szampanem z odrobiną cukru (żeby nigdy nie brakowało pieniędzy)

- po wybiciu północy pierwszą osobą, którą się przytuli, powinna być osoba przeciwnej płci

Lista tych obowiązkowych rytuałów nie kończy w tym miejscu. Jest ich o wiele więcej, np. niektórzy przygotowują lalkę symbolizującą odchodzący rok i palą ją wraz z nadejściem północy, tak jak w Polsce pali się marzannę z nadejściem wiosny.

Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób przesądne osoby potrafią wykonać tyle czynności naraz: wybiec na ulice z walizkami, w tym samym czasie jeść winogrona, myć ręce w szampanie i zapalać świece, nie zapominając przy tym, aby przełożyć żołte majtki z lewej strony na prawą.

W każdym razie powiem szczerze, że wypiłam swojego szampana z kieliszka, w którym nie było złotego pierścionka, moje buty nie były wypełnione pieniędzmi, nie zjadłam gotowanej soczewicy ani winogron i, podsumowując, nie zrobiłam niczego, o czym napisałam powyżej. I tak wiem, że nadchodzący rok będzie tak samo udany jak 2007, albo jeszcze lepszy.

I tego samego życzę również Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie!




sobota, 29 grudnia 2007

Murales w Valparaiso




Pierwsze malowidła ścienne o charakterze propagandowo – politycznym w Chile powstały na początku lat sześdziesiątych w portowym mieście niedaleko Santiago – Valparaiso. Wkrótce potem fala politycznych graffiti objęła wszystkie większe chilijskie miasta, a przed 1970 (kiedy Allende wygrał wybory prezydenckie) fenomen ten został dostrzeżony jako fenomen polityczno – kulturalny na skalę światową.

W wyborach z 1964 roku rywalem Salvadora Allende w wyborach prezydenckich był Eduardo Frei, który w swojej kampanii wyborczej mógł liczyć na wsparcie głównych mediów: radia, telewizji i prasy oraz rzeszy psychologów, socjologów, specy od reklamy i marketingu.

Kampania Salvadora Allende okazała się nieco uboższa w środki finansowe, ale za to bardziej oryginalna. Grupa młodych ludzi popierająca socjalistycznego kandydata postanowiła wypisać hasła wyborcze bezpośrednio na murach Valparaiso, używając farb do malowania statków, które udało jej się zdobyć w porcie. Niestety efekt nie był pomyśly na tyle, na ile oczekiwali tego jego pomysłodawcy: propagandowe napisy zniszczyły wiele zabytków, a ludzie zaangażowani w ten projekt zostali nazwani wandalami.

I na tym mogłoby się skończyć, gdyby nie pomysł pewnego studenta architektury, Osvaldo Strangera, na przedstawienie haseł politycznych w sposób bardziej wysublimowany i artystyczny. I tak właśnie powstał pierwszy “mural”, namalowany w ciągu jednej czerwcowej nocy 1963 roku, przy avenida España w Valparaiso.

Idea malowania na murach szybko przeniosła się także do Santiago: każdego ranka można było przeczytać lub obejrzeć coś nowego, efekt nocnej propagandy politycznej. Na przykład na deklarację Freia: „50 000 zapomóg finansowych dla biednych dzieci” szybko odpowiedzieli ludzie Allende umieszczając obok napis: „Za rządów Allende nie będzie biednych dzieci” itd. Każdej nocy malowidła rozrastały się coraz bardziej. I na takich zasadach funkcjonowały kampanie wyborcze.

Do dzisiaj Valparaiso jest stolicą murales: na każdym ze wzgórz, na którym jest położone to miasto, ściany domów pomalowane są w fantazyjny sposób, choć te współczesne malowidła niekoniecznie mają polityczny wydźwięk. Są bardziej wyrazem anarchistycznej duszy jego mieszkańców i atmosfery panującej w tym mieście.






piątek, 28 grudnia 2007

Don Hernán

don Hernán

Chciałabym poświęcić trochę czasu i uwagi pewnej ciekawej postaci, która nie wpisze się pewnie w kanon sztuki chilijskiej ani nie zostawi po sobie śladu w historii tego kraju, lecz dla mnie pozostanie niezwykle barwną osobą w całej swojej zwykłości. Będzie to bardzo prosta historia bez fajerwerków ani żadnych rewelacji, taki codzienny obrazek z życia Santiago.

Don Hernán jest panem od oprawiania obrazów. Któregoś dnia weszłam do jego pracowni, bo musiałam oprawić pewne zdjęcie i potrzebowałam do tego oryginalnej ramy. Wprawdzie szyld wywieszony przed pracownią wyjaśniał (ostrzegał): „Ramy, sztuka religijna”,


mimo to zapukałam i od chwili, gdy don Hernán otworzył drzwi do swojej świątyni, zrozumiałam, że to, co było napisane na szyldzie nie do końca zgadzało się z tym, czym rzeczywście zajmował się ten człowiek.


Prawdziwą pasją don Hernána było malowanie kobiecych aktów, z których był niezwykle dumny, powtarzając co pewien czas: „to takie pięciominutówki, dla ćwiczenia szybkiej kreski”, albo „ta poza trwała zaledwie dwie minuty, no i proszę zobaczyć jaki efekt!”. Cała pracownia była wypełniona tymi kilkuminutowymi aktami, których don Hernán nie przestawał komentować, opowiadając w międzyczasie o swoich studiach na Akademii Sztuk Pięknych w stolicy, jego artystycznych, młodzieńczych wybrykach i bohemii santiaguińskiej z lat sześćdziesiątych.




Moją uwagę przyciągnęło pewne niedbale rzucone płótno, trochę zakurzone i wyglądające jakby miało zaraz posłużyć za ścierkę do wycierania podłogi, gdyby nie pewien zarys postaci, który można było na nim dostrzec. Don Hernán od niechcenia podniósł z podłogi ten skrawek płótna i zapytał, czy słyszałam kiedyś o Violecie Parra. Nie zrozumiał za bardzo mojego entuzjazmu i szybko mi wyjaśnił, że w połowie 1973 roku przyszedł do jego pracowni pewien dziennikarz, który poprosił go, aby oprawić mu to płótno. Wyjaśnił mu, że było to dzieło Violety Parra, przedstawiające postać Jezusa z przechyloną na prawą stronę głową. Don Hernán wyznaczył dziennikarzowi termin, w którym mógł się on zgłosić po odbiór oprawionego płótna. Ale minęła połowa września, płótno czekało gotowe, a dziennikarz się nie zgłaszał. I już nigdy nie przyszedł po odbiór Jezusa Violety Parry, bo nastąpiło w tym czasie zbyt wiele zmian w historii Chile, o których nie trzeba tu pisać.



W taki oto sposób don Hernán został przez przypadek właścicielem płótna, którego wartości do tej pory nie potrafi ocenić. Moim zdaniem wielu kolekcjonerów z Europy (a szczególnie z Francji, gdzie Parra była bardzo ceniona) zapłaciłoby bardzo duże pieniądze za możliwość kupienia tego dzieła. Ale don Hernán jakoś nie może w to uwierzyć, sam znał Violetę z widzenia i nie wyglądała ona na światową artystkę, której prace mogłyby coś znaczyć w Europie (o jak bardzo się on myli!).

Don Hernán nie zarabia wiele i wydaje się szczęśliwy. Nie ma żyłki przedsiębiorcy i nie chce sprzedać płótna Violety Parra, bo sądzi, że nie znajdzie na to kupca, a poza tym nie ma pojęcia jaką cenę mógłby zaproponować. Z resztą wydaje się, że więcej przyjemności od robienia biznesu przynosi mu szkicowanie szybkich kobiecych aktów.

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Chiloé autónomo



Obudź się i powstań Williche, nigdy więcej nie wstydź się

Przypomniała mi się ostatnio pewna rozmowa, a właściwie tylko początek rozmowy między ludźmi z rónych krajów. Każdy przedstawiał się z osobna i mówił skąd jest: z Francji, z Polski, z Niemiec itd, aż ktoś znienacka przedstawił się i powiedział, że jest Sycylijczykiem. Nie Włochem, tylko Sycylijczykiem. Wydało mi się to dziwnie podejrzane, pewnie dlatego, że jestem z Polski, rzadko kiedy słyszy się, żeby jakiś Polak poza granicami Polski określał z taką precyzją swoją tożsamość lokalną: jestem Kaszubem albo Ślązakiem. Za granicą jesteśmy zazwyczaj Polakami, a dopiero w samej Polsce określamy się z większą dokładnością.

Dawno bym zapomniała o tej rozmowie i tym geograficznym uściśleniu, które parę lat temu zwróciło moją uwagę, gdybym nie spotkała się z czymś podobnym przebywając na wyspie Chiloé.

Tak jak Włoch z Palermo czy Cagliari będzie uważał się na pierwszym miejscu za Sycylijczyka lub Sardyńczyka, tak Chilijczyk z wyspy Chiloé będzie nazywał się „el chilote” (mieszkaniec Chiloé), a dopiero w następnej kolejności, i to nie zawsze z przekonaniem, określi siebie mianem Chilijczyka.

I w rzeczywistości los chilotes mają niewiele cech wspólnych z mieszkańcami kontynentu. Nie wydaje się to jednak powodem do rozpaczy, wręcz przeciwnie, los chilotes są niezwykle dumni z bycia wyspiarzami, z własnej mitologii, historii, kuchni i tradycji.

Rozmawiając z paroma przypadkowymi osobami w autobusie na trasie Castro – Ancud i z powrotem, odniosłam także wrażenie, że czasami los chilotes mają zbyt dobre mniemanie na swój temat: jeśli w Chiloé zdarzy się coś niedobrego, kradzież auta, rozbój itp., zwykło się mówić, że to najpewniej wina „tych z kontynentu”, ponieważ los chilotes nie są tak zepsuci, jak „ci z zewnątrz”. Alkoholizm czy narkomania wśród młodzieży również jest plagą, która dotarła na wyspę wraz z przybyciem ludzi spoza wyspy, gdyż wcześniej nie było tylu szkodliwych nałogów w Chiloé.

I tak począwszy od tej dawnej rozmowy z Sycylijczykiem (nie Włochem), następnie słuchając co mają na swój temat do powiedzenia los chilotes, zaczęłam się zastanawiać nad kwestią tożsamości ludzi mieszkających na wyspach.


Chilijczyk czy Chilote?
Odp: Williche


Prawdą jest, że podróż np. z Castro do Santiago jest dla większości mieszkańców Chiloé wyprawą życia. To nie to samo co wsiąść do pociągu z Łodzi do Warszawy i w godzinkę być pod Pałacem Kultury i Nauki. Pewnie przez taką dużą odległość, która dzieli wyspę od stolicy los chilotes czują się jakby na marginesie kraju; kandydaci na prezydentów przyjeżdżają na wyspę tylko przed wyborami, żeby naobiecywać niestworzone projekty ulepszenia komunikacji z wyspą i na wyspie, po czym w równie szybkim tempie po wygranych wyborach zapominają o swych obietnicach, a wyspa nadal żyje swym nieco sennym życiem, bez mostu, który miał powstać i bez nadziei na spełnienie kolejnych obietnic. Jeśli Chile nie interesuje się wyspą Chiloé to dlaczego wyspa Chiloé miałaby interesować się Chile? I dlatego te dwa światy (Santiago, w którym dzieje się wszystko i Chiloé, na której nie dzieje się nic) istnieją bardzo daleko jeden od drugiego (i nie jest to tylko odległość geograficzna).

Taka sytuacja nie jest jednak tylko wynikiem obecnej polityki Chile w stosunku do Chiloé, tylko owocem wieloletnich konfliktów, które kwitły w relacjach kontynent – wyspa – konkwistadorzy.

Na początku wyspa Chiloé była zamieszkała przez indian Huilliche (lub Williche – ludzie z południa) oraz przez indian Chonos. W związku z tym kultura „chilota” jest wynikiem interakcji między tymi dwoma etniami. Ale na tym nie koniec. Indianie Huilliche wyparli indian Chonos, ale jednocześnie napotkali na swym terenie hiszpańskich kolonizatorów oraz misjonarzy, którzy w szybkim tempie narzucili im religię katolicką i zabronili mówić w ich języku (mapuzugun). To była kolejna mieszanka: Huilliche – Hiszpanie, do którzych wkrótce dołączyli Chilijczycy, tworząc wybuchowy efekt: el chilote. El chilote nie mówi już w swoim języku, który został wyparty przez język hiszpański, jednak nadal wierzy w magiczne postaci ze swojej chilotańskiej mitologii, mimo że został mocno schrystianizowany przez misjonarzy. Co ciekawe, Chiloé zostało przyłączone do Republiki Chilijskiej dopiero w 1826 roku, parę lat po uzyskaniu niepodległości Chile.



Kilkaset lat ciągłego mieszania się kultur: rdzennej, hiszpańskiej i chilijskiej, sprawiły, że ludzie zamieszkujący aktualnie wyspę mają swoją specyficzną kulturę, której nie wstydzą się manifestować w bardziej świadomy sposób. Rodzą się nowe wspólnoty, które mają na celu obronę praw ludności rdzennej i jej zwyczajów. Wyróżniają się tym, że ich członkowie są dumni ze swoich tradycji i historii, niektórzy chcieliby nawet widzieć Chiloé jako wyspę niezależną od reszty kraju. Rodzi się coś na kształt zbuntowanego lokalizmu, powrotu do korzeni, dumy z własnej kultury, która przez lata była tłamszona i uważana za podrzędną wobec kultury hiszpańskiej.

W ten właśnie sposób, los chilotes nabywają swoją tożsamość wyspiarzy, dla których stolicą zawsze na pierwszym miejscu będzie Castro, a dopiero potem Santiago.